КУЛЬТУРА,  ЛЮДИ,  Наші статті

„Pokazać piękno i bogactwo tych ziem”. Rozmowa z Mariuszem Żwierką, kierownikiem artystycznym Zespołu Pieśni i Tańca „Kurpie Zielone”

Z tańcem ludowym związany jest dokładnie od ćwierć wieku. W październiku 2016 roku został choreografem, a w roku 2017 kierownikiem artystycznym Zespołu Pieśni i Tańca „Kurpie Zielone”. Mariusz Żwierko – dzieciństwo spędził w Kolnie i w Grajewie, największą część swojego życia mieszkał w Warszawie, gdzie cały czas prowadzi własny zespół taneczny „Woda na Młyn”. W przygotowanym przez niego nowym programie artystycznym Kurpi Zielonych po raz pierwszy znalazł się niepolski repertuar – pieśni i tańce łemkowskie oraz utwory tradycyjne z terenów między Bugiem a Narwią. Pan Mariusz nie kryje swojego zainteresowania folklorem ukraińskim, współpracował z takimi zespołami, jak Dobryna z Białegostoku, bywa na koncertach ukraińskich, zna dobrze repertuar tradycyjnych zespołów ukraińskich i białoruskich z Podlasia. Jest też autorem projektów i programów artystycznych, w których pojawiają się tańce i pieśni wschodniosłowiańskie.

Ludmiła Łabowicz: Jak zrodziły się Pana zainteresowania folklorem ukraińskim?

Mariusz Żwierko: Moje upodobania muzyczne i zainteresowania folklorem ukraińskim czy szerzej – Słowiańszczyzną Wschodnią, zrodziły się w Grajewie, w Zespole Pieśni i Tańca „Grajewianie”, w którym wykonywaliśmy mieszany repertuar – polski i ze wschodnich terenów byłej II Rzeczpospolitej Polskiej. Taki był zamysł. Nasz kierownik Edward Szabat był nie tylko muzykiem, ale też znał się na historii i etnografii, dlatego wprowadzał do repertuaru tańce łotewskie czy ukraińskie.

Z czasem zafascynowałem się tańcami łemkowskimi. Pierwszym poważnym zetknięciem z nimi były warsztaty z panem Jerzym Starzyńskim z Legnicy, który przygotował nam widowisko taneczne „Hrania na dobranicz” [Granie na dobranoc – Red. НБіН], czyli łemkowski wieczór kawalerski. Tak się zaczęła moja przygoda z folklorem wschodnim.

Zainteresowałem się pieśniami i tańcami łemkowskimi. Zacząłem kupować książki poświęcone folklorowi ukraińskiemu, publikacje Oskara Kolberga, słowniki. Stało się to też motywem do spróbowania swoich sił na ukrainistyce w Warszawie. Głównym powodem pójścia na te studia były moje zainteresowania folklorem ukraińskim czy szerzej – wschodnim.

– Z czasem pojawiły się też zainteresowania pieśniami z Podlasia śpiewanymi w gwarach języka ukraińskiego…

– Jeśli chodzi o Podlasie, to dopiero dużo później zrozumiałem, o co tu tak naprawdę chodzi. Pochodzę z Grajewa, gdzie wpływy wschodniosłowiańskie nie sięgały, dlatego też nie byłem szczególnie obeznany z folklorem ukraińskim czy białoruskim. Mój pierwszy kontakt z pieśniami z Podlasia nastąpił dopiero wtedy, gdy kupiłem płytę, bodajże zespołu „Goście z Nizin”, na której były utwory spod Hajnówki i Bielska Podlaskiego. Początkowo nie wiedziałem, w jakim języku są one wykonywane, ale z czasem zacząłem sobie wszystko analizować i układać w głowie. Trwa to do tej pory, szczególnie że mieszkam w Białymstoku i mam łatwiejszy dostęp do lokalnego folkloru w różnych odsłonach oraz jego propagatorów. Oprócz tego studiuję kulturę Podlasia na kulturoznawstwie na Uniwersytecie w Białymstoku i z przyczyn naukowych analizuję pewne kwestie i problemy regionu, nie tylko folklorystyczne, ale też językowe, tożsamościowe.

– Czy dlatego postanowił Pan włączyć pieśni z terenów między Bugiem a Narwią do repertuaru Kurpi Zielonych?

– Zależy mi na tym, żeby pokazać piękno i bogactwo tych ziem – w opracowaniu scenicznym. Do tej pory Kurpie Zielone miały w repertuarze trochę opracowań folkloru Kurpi i Podlasia oraz trochę tego, co ma większość zespołów pieśni i tańca, prezentujących folklor opracowany, a więc polskie tańce narodowe, tańce góralskie, rzeszowskie, łowickie itd. Tak wygląda w Polsce wiele zespołów folklorystycznych.

Chodzi jednak o to, że od takich grup jak nasza oczekuje się często, iż oprócz przedstawienia folkloru popularnych regionów będą one pokazywać tańce i pieśni ze swoich stron. Uważam zresztą, że tak powinno być.

Na początku skupiliśmy się na repertuarze kurpiowskim z Puszczy Zielonej i Białej, potem wzięliśmy się za repertuar nadbużański, z Podlasia Południowego. Obecnie te „produkty lokalne”, przepuszczone przez naszą estetykę sceniczną, wozimy w Polskę. Stwierdziłem, że trzeba wprowadzić – z korzyścią dla zespołu – repertuar z całego województwa podlaskiego.

Dużo osób bało się zajmować folklorem muzycznym z terenów między Bugiem a Narwią, może dlatego że nie jest to materiał polskojęzyczny i o wiele trudniej się go nauczyć. Trzeba było podejść do tego bardzo delikatnie, niekiedy wejść w różne niuanse tożsamościowe. Było i jest to dla mnie duże wyzwanie.

Najgorzej było z odtworzeniem tańców, bo bardzo trudno dotrzeć do osób, które je pamiętają, a możliwe że już nie ma tych, którzy mogliby nam je przekazać. Głównym źródłem był tutaj ceniony przeze mnie zespół białoruski Żemerwa, działający przy Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach, który zrekonstruował tańce z Podlasia Północnego. Prezentuje je teraz na scenach podczas imprez nawiązujących do dawnych obrzędów czy ludowych potańcówkach.

Z pieśniami jest łatwiej, bo jest ich dużo, ale co wieś to inna gwara. Wiadomo, że nie opracowujemy pieśni z jednej miejscowości, chociaż tak byłoby najlepiej – skupić się na jednym źródle i pokazać na scenie repertuar czy to z Czyż, czy z Dobrowody, bo wtedy byłoby to spójne.

– Co macie obecnie w repertuarze z tego terenu?

– Do naszego repertuaru wokalnego weszło kilka pieśni z terenu między Bugiem a Narwią, które z Martą Szałkiewicz, instruktorką śpiewu w Kurpiach Zielonych, odtworzyliśmy w projekcie OT!Głosy – np. rohulka – pieśń wiosenna „Tam po majowuj rosi”, ale też takie pieśni liryczne, jak „Posijała ohuroczki”.

Pracujemy nad nowym repertuarem. Przygotowałem sceniczną kompozycję tańców, które są prezentowane m.in. przez zespół Żemerwa. Chciałem to pokazać w kontekście żniw, chociaż trzeba podkreślić, że nie robimy obrzędów. Są to po prostu widowiska, w których obrzęd jest punktem wyjścia do pewnych wizji scenicznych. Widowisko to ma być oparte na pieśniach żniwnych – „Oj rataju, rataju, czom tak rano w pole jdesz”. Miała też być pieśń „Prylitaj perepiuołko”, chociaż w naszym wykonaniu nie brzmi ona tak magicznie, jak w wykonaniu tradycyjnym, a chciałoby się, żeby było to coś, co porwie widownię. Jest jeszcze pieśń „W ponediłok żała” w wersji z Dobrowody, co prawda nie jest ona wpisana w repertuar żniwny, ale pasuje według mnie swoim charakterem do choreografii.

Muszę wspomnieć, że dziewczyny z Kurpi Zielonych razem z Martą Szałkiewicz założyły wewnętrzną grupę, w której śpiewają białym głosem. Były nawet ostatnio na warsztatach śpiewu w Czeremsze z Ludmiłą Wostrikową, żeby poćwiczyć technikę wokalną. Na pewno będziemy szukać między Bugiem a Narwią pieśni i tańców, które podpasują nam repertuarowo. Jeżeli się uda odtworzyć tańce – będziemy tańczyć, jeśli znajdziemy pieśni – będziemy wzbogacać repertuar wokalny. Nie chciałbym się skupiać na jednej wsi – Dobrowodzie, Dubiczach Cerkiewnych czy innych, ale wybierać to co będzie nam pasowało do pewnego zamysłu scenicznego. Taka jest bowiem specyfika zespołu, by prezentować folklor w sposób ogólnoregionalny w formie opracowanej.

– Wspomniał Pan o projekcie OT!GŁOSY Podlaskiego Instytutu Kultury, którego jest Pan pomysłodawcą. Znalazły się w nim też pieśni z terenu między Bugiem a Narwią.

– Ten projekt zrodził się z potrzeby przetrzebienia materiałów wydanych przede wszystkim przez dawny WOAK. To między innymi śpiewniki pana Stefana Kopy, a także innych naszych pracowników. Prezentujemy w projekcie utwory ludowe z terenu województwa podlaskiego. Wykonujemy pieśni z okolic Lipska, Tykocina, czy też z terenów nad Bugiem i Narwią – z Dobrowody, z Tyniewicz czy z okolic Orli. Chcemy to wskrzeszać i pokazywać jako dziedzictwo naszego regionu.

– W projekcie wykonujecie pieśni z zachowaniem cech gwarowych poszczególnych wsi, a także tradycyjnej maniery śpiewu.

– Jakiś czas temu odkryłem piękno niestylizacji i pokazywania na scenie form „autentycznych” (mówię w cudzysłowie) w taki sposób, żeby były one mało zmienione, ale żeby były ciekawe na scenie. Jeśli chodzi o pieśni z Podlasia, to nie widzę potrzeby, żeby je stylizować. Uważam, że trzeba je wykonywać tak jak jest zapisane w nutach czy tak jak się można nauczyć od śpiewaków autentycznych. Sam fakt, że są to pieśni wielogłosowe, samo śpiewanie ich w dwu- czy trzygłosie, sprawia, że brzmią one pięknie i nie jest tu wskazana większa ingerencja artystyczna. Staramy się więc uczyć ludzi śpiewać białym, naturalnym głosem. W Kurpiach Zielonych mamy zarówno pieśni opracowane chóralnie, jak i nieopracowane w jednogłosie i wielogłosie. Z jednej strony nasza grupa wokalna prezentuje pieśni w opracowaniu na chór, z drugiej zaś w naszych kompozycjach scenicznych pieśni wielogłosowe pojawiają tylko wtedy, gdy w danym regionie występowała polifonia: na Podlasiu, Suwalszczyźnie czy w regionach górskich.

– Wchodzimy tu w kwestię dwóch różnych podejść do folkloru. Z jednej strony chodzi o prezentację opracowanych, stylizowanych form, co robią zespoły pieśni i tańca nie tylko w Polsce, ale też w Ukrainie. Widać to chociażby na „Podlaskiej Oktawie Kultur”, gdzie zawsze duży aplauz publiczności wzbudzają profesjonalne zespoły akademickie z Ukrainy – z hopakiem i takimi hitami, jak „Rozpriahajte chłopci koni”. Druga tendencja związana jest z próbami zachowania na scenie autentyzmu.

– Różnie można oceniać te dwa nurty, w każdym razie ich przedstawiciele niekoniecznie się lubią. Nurt autentyczny mówi: „Co wy wymyślacie? To co prezentujecie na scenie, nie ma nic wspólnego z prawdą”, z kolei nurt sceniczny: „Nie umiecie tańczyć” albo: „Śpiewacie tak, jakbyście krzyczeli na polu”.

Zdarza mi się, że jak oglądam zespoły autentyczne, patrzę na nie nie tylko jako etnograf, ale też z perspektywy estetycznej – jak śpiewają, jak tańczą, jak wyglądają ich stroje. Z kolei w zespołach opracowanych zwracam uwagę na pomysły sceniczne i zastanawiam się, ile w tym odwołania do źródła, a ile wizji artystycznej.

Bardzo cenię zespoły autentyczne i uważam, że są one potrzebne, choć często nazywam je muzealnictwem scenicznym. Nie każde jednak muzeum dobrze prezentuje swoje eksponaty – jedne zespoły robią to lepiej, inne gorzej.

Każdy zespół, nawet ten autentyczny, musi mieć świadomość sceny. Samo już bowiem przekroczenie jej progu wyrywa autentyk z naturalnego kontekstu i stwarza nową sytuację opartą na relacji widz – wykonawca.

Jeśli zaś chodzi o zespoły opracowane, to jest to po prostu pewien nurt artystyczny. Uważam, że scena jest sceną i na niej można sobie pozwolić na różne rzeczy, chociaż zawsze trzeba mieć świadomość źródła, które poddajemy opracowaniu, stylizacji.

Niestety, wiele grup opiera swój repertuar na repertuarze innych zespołów opracowanych lub stylizowanych, nie mając świadomości, jak wyglądał oryginał. Uważam, że zespoły opracowane powinny szanować autentyk i od niego zaczynać. I dopiero po sięgnięciu do źródła inspirować się nim. Oczywiście można założyć sobie, że robimy wizję artystyczną na jakiś temat, ale nie nazywajmy tego wtedy np. tańcami podlaskimi, ale np. wariacjami podlaskimi. Nie można zakłamywać rzeczywistości i okłamywać widza.

Jeżeli nie będziemy sięgać do źródeł, będzie to przetwarzanie tego samego po raz dziesiąty, bez świadomości, jaki był pierwowzór.

– Czy da się zachować na scenie autentyzm, a z drugiej przedstawić folklor tak, by był on atrakcyjny dla szerszego kręgu odbiorców?

– Według mnie da się. Przede wszystkim trzeba sięgać do źródeł i szanować je.

– Repertuar z terenów między Bugiem a Narwią wykonuje wiele zespołów czy to ukraińskich, czy białoruskich. Nie będziemy tu wchodzić w kwestie tożsamościowe, w których jest Pan doskonale zresztą zorientowany, skupmy się może na Pana spojrzeniu na pieśni i tańce podlaskie. Jak Pan, jako osoba pochodząca z zewnątrz, ale żywo zainteresowana folklorem tych terenów, zgłębiająca go pod kątem estetycznym, artystycznym, ale też naukowym, językowym, patrzy na folklor terenów Północnego Podlasia?

– Gdy pierwszy raz usłyszałem pieśni z tego terenu, byłem zaskoczony ich pięknem. Uważam, że zespoły, które je wykonują, odgrywają bardzo ważną rolę, chociażby dlatego, że jeżdżąc po Polsce, pokazują, jak i w jakim języku śpiewano na tym terenie.

Lubię muzykę wschodniosłowiańską – białoruską, ukraińską, choć muzykę ukraińską znam lepiej. Jestem zafascynowany nie tylko Podlasiem, ale też Łemkowszczyzną. Wprowadzone przeze mnie do repertuaru Kurpi Zielonych tańce i pieśni łemkowskie okazały się hitem – zarówno dla widzów, jak i samych wykonawców. Niedługo zaprezentujemy nową rozbudowaną kompozycję inspirowaną folklorem Łemków.

Od pewnego czasu żywo interesuję się wszystkim, co związane z terenami między Bugiem a Narwią i miejscowym folklorem. Widzę jednak, że lokalne zespoły mają problem z repertuarem tanecznym, który nie został dostatecznie opisany i jest coraz trudniejszy do odtworzenia. Jeśli chodzi o zespoły ukraińskie czy białoruskie, to z tego, co wiem, to tylko Żemerwa ma w swoim repertuarze tańce lokalne. Pewne formy stylizowane wykonuje zespół Podlaski Wianek (Padlaski Wianok) z Białegostoku. Zespół Ranok ma repertuar wokalny stąd, ale wykonuje głównie tańce z Ukrainy. Może to wynikać z braku materiałów źródłowych albo z takiej a nie innej wizji artystycznej.

Pieśni z tego terenu zachowały się o wiele lepiej i są one podstawą repertuaru wielu zespołów. Dobrym przykładem jest Dobryna z Białegostoku, prowadzona przez Aleksandrę Iwaniuk. Kilka lat temu, gdy prezentowaliśmy z Kurpiami Zielonymi nowy repertuar podlaski, to zaproponowałem, by dziewczyny z Dobryny zaśpiewały na koniec rohulkę. Było to ciekawe zestawienie i pokazanie różnorodności regionu.

Uważam, że trzeba korzystać ze współpracy z miejscowymi zespołami. W Zespole Pieśni i Tańca „Kurpie Zielone” stale pracujemy nad lokalnym repertuarem i będziemy go poszerzać. Choć nasz program artystyczny jest głównie polskojęzyczny, to będziemy śpiewać pieśni w gwarach ukraińskich i białoruskich, a także po łemkowsku.

– Może warto byłoby się wybrać w teren, by dotrzeć bezpośrednio do pieśni, które się zachowały – czy to na terenach, gdzie ludzie rozmawiają w gwarach białoruskich, czy też tam, gdzie się zachowały gwary ukraińskie?

– Myślałem już o tym, by pojeździć z członkami naszego zespołu po terenie, aby tancerze czy wokaliści mieli świadomość, skąd pochodzi dana pieśń czy taniec, by widzieli i rozumieli szerszy kontekst. Inaczej, jak się jabłko samemu zerwało, a inaczej, jak się dostało i to w dodatku całe opakowane. Warto pojechać na wieś, żeby się nauczyć i poczuć klimat. Z tańcami pewnie będzie gorzej, ale warto byłoby je zrekonstruować, opisać, przeanalizować.

Na pewno będziemy sięgać po repertuar niepolskojęzyczny. Może kiedyś pokusimy się też o folklor litewski i tatarski. Województwo podlaskie to region wielokulturowy i warto to promować nie tylko w folderach. Sam zachęcam choreografów różnych polskich zespołów, którzy zapraszają mnie do współpracy, do wprowadzania repertuaru z Podlasia Północnego, niepolskojęzycznego, z pieśniami ukraińskimi czy białoruskimi. W Polsce jest teraz duża moda na Łemkowszczyznę. Dzięki działalności takich zespołów, jak Kyczera, inne grupy coraz chętniej wprowadzają do swego repertuaru folklor niepolskojęzyczny. A skoro coraz więcej zespołów chętniej sięga po repertuar łemkowski, to czemu nie pokusić się o coś z Podlasia – spod Bielska czy Hajnówki? Widzę, że jest też taka tendencja, by być oryginalnym, nie powtarzać na scenie schematów zarówno w formie, jak i w treści. Jestem za tym, by pokazywać kulturową różnorodność.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała

Ludmiła ŁABOWICZ

Над Бугом і Нарвою, 2020, nr 5, s. 13-15.

zdjęcia: Wojtek Korpusik, Kurpie Zielone

Залишити відповідь

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься.