ІСТОРІЯ,  КУЛЬТУРА,  Наші статті,  ТРАДИЦІЇ

 „Wszystkim można być”, czyli narodowa sztuka życia w nieprawdziwym świecie

Część II

Część I dostępna tutaj:

Czy można z fasady zrobić fundament?

Tak jak upadła w końcu „komuna”, tak i nie mogła wiecznie trwać owa przednarodowa (czy też pozanarodowa) i powszechna „białoruskość” ludu prawosławnego od białoruskojęzycznej Sokółki po ukraińskojęzyczną Czeremchę. Gdzieś w latach 80. minionego już wieku zaczęły tworzyć się zaczątki, swego rodzaju embriony formacji społeczno-politycznych o dążeniach bardziej narodowych – zarówno w formie, jak i treści. Był to bowiem okres nie tylko kształtowania się zaczątków ukraińskiego ruchu narodowego, ale na dobrą sprawę też i białoruskiego (większość aktywistów obu nurtów to rówieśnicy z pokolenia, które w dorosłe życie wkraczało około 1980 roku). Wprawdzie już od ćwierć wieku działało Białoruskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, ale było ono narzędziem realizacji polityki państwa, zaś niezależny od „linii partii i rządu” białoruski nurt narodowy zaczął być na dobrą sprawę widoczny dopiero gdy nastąpiła radykalna zmiana warunków społeczno-politycznych zapoczątkowana wydarzeniami sierpnia 1980 roku. Po ostatecznej zmianie ustroju w 1989 r. oba narodowe nurty uzyskały możliwość wyjścia „na powierzchnię” – na regionalną scenę polityczną. Oto jak charakteryzuje to zjawisko W. Pawluczuk w cytowanej już rozmowie z J. Misiejukiem:

Jak to się zwykło określać, pod koniec komuny, pod koniec PRL-u, pojawiły się pewne tendencje. Były one związane z tym, że komuna zaczęła już kruszeć i zaistniała potrzeba szukania bardziej pogłębionej tożsamości, ale na własną rękę. Wcześniej w warunkach PRL-u, w pojęciu starszych, ludziom wystarczało tradycyjne dwudzielne rozróżnienie na „polskich” i „ruskich”. „Polscy” to byli katolicy, a „ruscy” to byli prawosławni, których bardziej elegancko określało się jako Białorusinów. Ten podział nie był związany jednak z czynną przynależnością do Kościoła. Na przykład był on szczególnie widoczny, a wręcz drastyczny w 1968 roku i zaraz po nim w komitetach partii, zwłaszcza w komitecie wojewódzkim partii w Białymstoku. Towarzysze dzielili się właśnie na tych ruskich-prawosławnych i katolików. Jedni określani byli jako Białorusini, a drudzy jako Polacy. W tych warunkach to wystarczało. Natomiast w warunkach ustroju liberalno-demokratycznego trzeba dokonywać co roku  jakichś wyborów, chodzi tutaj o elekcje polityczne, czyli wybory do parlamentu i prezydenta, ale też różnego rodzaju wybory komunalne i wybory bardziej codzienne, w różnych stowarzyszeniach, klubach i tak dalej. Nie mogła pozostać więc także taka przed narodowa, raczej cywilizacyjna, pozostająca w kręgu prawosławia  grupa „tutejszych”, „naszych”, „ruskich”, „prawosławnych”. Pojawiły się partie: Białorusini polityczni oraz zupełnie nowe zjawisko – Ukraińcy polityczni. Tego nie tylko nie mogłem przewidzieć, ale nikt nie mógł przewidzieć, bo nikt nie przewidywał prawdę mówiąc takiego nagłego upadku komunizmu i powstania sytuacji wyboru.

W latach 1989-1991 co roku odbywały się wybory – parlamentarne, samorządowe, prezydenckie i znowu parlamentarne. Włączyło się w nie także narodowe środowisko białoruskie, starając się zgromadzić pod swoimi sztandarami jak najwięcej podlaskich Białorusów. Szybko jednak okazało się, że przekonanie o rychłym przekształceniu zamieszkujących woj. białostockie prawosławnych w białoruski naród polityczny, karnie i masowo głosujący na kandydatów wysuwanych przez białoruskie organizacje narodowe było budowaniem zamków na piasku. Na łamach wydawanego przez Białoruskie Zjednoczenie Demokratyczne biuletynu „Biełaruskija Nawiny” (nr 4, czerwiec 1993) przyznawał to znany już nam E. Mironowicz: Niewielki sukces w samorządowych wyborach komunalnych [chodzi o pierwsze wybory samorządowe w 1990 r. – JH] według niektórych działaczy był totalnym zwycięstwem Białoruskiego Komitetu Wyborczego. Rzeczywistość okazała się jednak bezkompromisowa. Tam, gdzie Komitet zdobył kilka miejsc w samorządzie gminnym – na przykład w Hajnówce – już na drugi dzień po wyborach niektórzy działacze, zostawszy radnymi, nie chcieli mieć żadnych stosunków z białoruskim ruchem politycznym; ruchem, który szczycił się nimi i bronił ich przed presją aktywistów solidarnościowych. W większości byli to działacze BTSK, lokalna nomenklatura, którzy idąc na umowę z miejscowymi polskimi patriotami starali się zabezpieczyć własne interesy prywatne. Tych ostatnich też bardziej interesowali skompromitowani i twardogłowi działacze niż żywotny ruch białoruski.

Białoruskość radnych i wójtów w Dubiczach Cerkiewnych, Czeremsze, Czyżach, Narewce czy Białowieży można rozpatrywać wyłącznie w kategoriach etnograficznych. Do samorządów tych gmin trafili tzw. „swoi ludzie”, najczęściej nomenklatura, bo innych kandydatów tam nie było.

Oczywiście, rozpatrywanie w kategoriach etnograficznych białoruskości radnych i wójtów w Dubiczach Cerkiewnych, Czeremsze i Czyżach też trzeba uznać za nieporozumienie, gdyż trudno etnograficzną białoruskość przypisać osobom, które wyrosły w miejscowym środowisku, a więc etnograficznie ukraińskim, zaś ich „związki z ruchem białoruskim” wypływały jedynie z potrzeby znalezienia dla swoich gminnych czy miejskich komitetów wyborczych nazwy kojarzonej przez potencjalnych wyborców z „tutejszością”, „prawosławnością”, „ruskością”, ale brzmiącej – używając sformułowania W. Pawluczuka –  bardziej elegancko i w duchu czasu. Pasowała do tego nazwa „białoruski”, bo przeciętny prawosławny wyborca już przywykł, że to co „swoje” ma oficjalną nazwę „białoruskie”. Więc w jego przekonaniu każdy „nasz” (swuoj – tutaj urodzony, prawosławny, mówiący „po-swojomu”) to też Białorus, nawet gdy sam świadomie uważa się za Ukraińca (w tymże numerze „Biełaruskich Nawin” cytowana jest wypowiedź podlaskiego diad’ka, który o pochodzącym z Kleszczel ukraińskim kandydacie na liście Bloku Wyborczego Prawosławnych podczas wyborów do parlamentu w 1993 r. miał powiedzieć: Wuon ukrajineć, ale swuoj, biłorus).

A więc tak naprawdę wskutek przełomu 1989 roku zmieniło się bardzo niewiele, a nawet prawie nic i budowana przez powojenne dziesięciolecia fasada oficjalnej białoruskości pozostała nadal fasadą, nie chcąc w żaden sposób przekształcić się fundament narodowo-politycznej autonomii biełaruskaha Biełastockaha kraju. Nawet żywiona przez jednego z osobiście mi znanych białoruskich działaczy nadzieja, że nad siedzibą rady miejskiej w Bielsku czy Hajnówce będzie podczas sesji powiewać białoruska flaga, okazała się za bardzo na wyrost. Co więcej, przewodniczący Białoruskiego Forum Samorządowego Michaś Andrasiuk niedawno zżymał się w „Niwie” (nr 22/2004), że nawet na budynku Muzeum Białoruskiego w Hajnówce nie ma ani jednego szyldu w języku białoruskim.

Jestem Białorusinem, którym nie jestem…

Trudno zresztą spodziewać się czegoś innego, skoro np. w Bielsku „białoruscy rajcowie”, nawet nieoficjalnie zebrawszy się we własnym gronie wolą rozmawiać ze sobą po polsku niż po białorusku, lub chociaż po-swojomu (słyszałem na własne uszy, mam również relacje innych osób). Zawsze mi się też przypomina wypowiedź działacza samorządowego, w latach 90. przewodniczącego rady gminnej w jednej z etnograficznie ukraińskich, ale uważanych za „ostoję białoruskości” gmin pomiędzy Bielskiem a Hajnówką. Otóż w prywatnej rozmowie wyznał on, iż w pewnych sytuacjach mówi o sobie, że jest Białorusinem i tak też nakazuje mówić swoim dzieciom. Ale tak naprawdę to wcale nie uważa, iż tym Białorusinem rzeczywiście jest. Co więcej – jest przekonany, że tak naprawdę to żadnym Białorusinem nie jest! I nie jest to przypadek odosobniony.

Jaką więc rolę pełni w życiu większości ukraińskojęzycznych Podlaszan deklaracja „ja biłorus”? Białoruscy publicyści z „Niwy” czy „Czasopisu” uważają to za przejaw „białoruskiej świadomości narodowej”. Natomiast moim zdaniem jest to przykład praktycznego zastosowania „narodowych barw maskujących” w sytuacjach, gdy nie można uniknąć wymuszonego z zewnątrz zadeklarowania swojej przynależności narodowej – przynależności, której się tak naprawdę nie odczuwa.

Tutaj nie mogę powstrzymać się od kolejnego cytatu, tym razem z artykułu lublinianina o czeremszańskich korzeniach Mirosława Haponiuka, opatrzonego wymowny tytułem Niczyje dusze z pogranicza („Relacje. Tygodnik Wschodni”, Lublin, 1989, nr 13.). Opublikowany on został wprawdzie przed piętnastu laty, ale jak wszystko co wychodzi spod pióra osób obdarzonych przenikliwością i piszących szczerze nic nie stracił na aktualności. Oto kilka wybranych akapitów: Są z Białostocczyzny. Wszyscy mieszkają poza nią – w Lublinie lub Warszawie. Oprócz miejsca urodzenia łączy ich brak poczucia przynależności do jakiegokolwiek narodu. Kiedy w jakimś kwestionariuszu trzeba wypełnić rubrykę „narodowość”, przeżywają rozterki: „Co napisać?” I piszą: raz «białoruska», raz «polska». Zawsze bez przekonania. Zawsze z poczuciem obcości wobec świata ułożonego w narody. […] „Kiedy pytają mnie o narodowość Polacy – mówi mi Mikołaj – to odpowiadam im, że jestem Białorusinem. Kiedy pytają Białorusini, twierdzę, że jestem Polakiem. Nie czuję się jednak ani jednym, ani drugim.” […]

To prawda, że niejednokrotnie utrudniano dzieciom dostęp do białoruskiego słowa. Ale pamiętać trzeba również o tym, że nawet tam, gdzie istniała możliwość uczenia białoruskiego w szkołach, rodzice często z tej możliwości nie korzystali. Nie da się tych decyzji tłumaczyć wyłącznie konformizmem, gdyż są one wynikiem dosyć powszechnego odczucia, szczególnie na południu województwa białostockiego, że język białoruski jest językiem obcym. „Jaki tam ze mnie Białorusin – mówi Andrzej. – Nie umiem po białorusku czytać i mówić. Nawet mój pradziadek, który prawie zupełnie nie mówił po polsku, nie czuł się Białorusinem. O jakiej polonizacji tu mowa? Tak, po «swojemu», po «chachłacku» umiem mówić. Ale to przecież nie jest białoruski! Nie czuję się także Polakiem, chociaż polskie dzieci w polskiej szkole uczę języka polskiego i to, jak sądzę, nie najgorzej.” Spotykam również ludzi, którzy władają językiem białoruskim, absolwentów liceum białoruskiego z Hajnówki czy Bielska, którzy nie czują się Białorusinami, gdyż mowa ich rodziców jest odległa od literackiej białoruszczyzny. Jeszcze dziadowie na pytanie o narodowość odpowiadali, że są «tutejsi» albo «ruscy». Lub inaczej – «prawosławni». […]

…w 1939 roku, Białostocczyzna wcielona została do radzieckiej Białorusi i powiedziano im: jesteście Białorusinami i już. Tych, którzy mieli wątpliwości (byli to najczęściej tutejsi Polacy, chociaż nie tylko), wysyłano, aby dokładnie przyjrzeli się realiom budowy socjalizmu na Syberii lub w Kazachstanie. Po wojnie powtórzono to, aby nie łamać sobie głowy z jakimś narodowym galimatiasem. Nie wszyscy jednak w tę białoruskość umieli uwierzyć. Szczególnie wielu niezdecydowanych mieszkało na południe od Narwi, gdzie mowa białoruska brzmiała obco, jakoś dziwnie, a nawet odrobinę śmiesznie. Moi rozmówcy przejęli po ojcach i dziadach to narodowe niezdecydowanie i wnieśli w nową sytuację – we współczesność, w polską teraźniejszość. Są wśród nich studenci, pracownicy naukowi, lekarze i artyści. Otoczeni zewsząd żywiołem polskim, żyją jego życiem, podzielają namiętności, radości i troski, a jednak czują się w nim obco. Niektórzy stoją u progu znakomicie zapowiadających się karier, wielu bywało w świecie, i to nie tylko przy zmywaniu talerzy, a jednocześnie ich jedyną prawdziwą ojczyzną jest mały białostocki kraniec Polski. Nie mogą o sobie powiedzieć, jak ich przodkowie, że są «tutejsi», a jeśli już, to co najwyżej «tamtejsi» i wskazać za Bug.

„Moja ojczyzna – twierdzi Piotr – to wieś, w której się urodziłem, i ludzie tam mieszkający. Tutaj, w Warszawie, nie czuję się do końca u siebie, chociaż mieszkam już 14 lat. Ale cóż na to poradzę? Przecież nikt nie wybuduje politechniki w mojej wsi, a w POM-ie elektronik z naukowym zacięciem chyba się nie przyda.” Inni szukają ucieczki w jakichś kosmopolityzmach, panslawizmach, internacjonalizmach, czują się obywatelami świata, Europy lub tylko Europy Środkowej. Jednak wszystkie te pomysły to rozpaczliwe próby znalezienia sobie jakiegoś miejsca, skazane na niepowodzenie usiłowania rozwiązania tej skomplikowanej sytuacji emocjonalnej. […]

Najczęściej swoją prawosławną ruskość skrywają z lęku przed śmiesznością i pogardą lub tylko dla wygody. Każda ich deklaracja domaga się komentarza i trzeba tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć… Jednak i to tłumaczenie nieraz zdaje się na nic, gdyż na koniec i tak pada zwykle pytanie: „To kim ty w końcu jesteś – Białorusinem czy Polakiem?” Jak wyjaśnić komuś niekresowemu, że dwaj bracia mogą deklarować dwie różne narodowości i wcale te opcje nie muszą dziwić ani różnić. Wiedzą, że białoruskość jednego podobna jest do polskości drugiego – równie są chybotliwe i niepewne. […]

Niektórzy z nich mówią o sobie, że są Białorusinami, i to nawet wówczas, gdy nimi się nie czują, białoruskiego nie znają, a nawet podlaską gwarą swoich dziadów posługują się niepewnie. Czasami umieją uwodzić polskie serca swoistym kresowym czarem, wylewną wschodnią duszą, przepastnym gardłem, czy też hajdamacko-kozackim temperamentem. Wschodnia dusza ma dla Polaków swoisty charme, ale są to fascynacje płytkie, folklorystyczne, odgrywane na źle nastrojonej strunie dla uszu o lichym słuchu.

Taki sam obraz stanu świadomości, a więc powierzchownego charakteru deklaracji narodowościowej ujawnia się, gdy rozmówcami ukraińskojęzycznych Podlaszan są osoby z Ukrainy, posługujące się ukraińskim językiem literackim (świadkiem takich rozmów byłem kilka razy podczas badań narodoznawczych prowadzonych przez etnologów z Kijowa i Lwowa). Na zadane przez ukraińskiego badacza pytanie „chto wy po nacionalnosti” z reguły najpierw padała automatyczna, wytrenowana przez dziesięciolecia odpowiedź, że „biłorusy”. Ale ponieważ mowa pytających sytuowała ich w obrębie pojęcia „swoich”, przed którymi można „otworzyć duszę”, więc zaraz po tej pierwszej odpowiedzi zaczynało się snucie refleksji na temat braku bliższego związku mowy i kultury danej miejscowości z tym, czego uczono w szkole na lekcjach języka białoruskiego. Końcowy efekt takich rozmów był najczęściej zbliżony do opisanego przez konsula generalnego Ukrainy w Lublinie, który był gościem ubiegłorocznego festiwalu kultury ukraińskiej „Pudlaśka oseń”: Byłem w ukraińskiej wsi, gdzie spotkałem się z jej mieszkańcami. Gdy spytałem ich jakiej są narodowości, mówili bowiem po ukraińsku, odpowiedzieli mi, że są Białorusinami, ale później – że są Polakami, a w końcu – „sami ne znajemo, chto my”.

Identyczne dylematy są udziałem całego naszego ogółu, zarówno tych osób, które w momencie wchodzenia w dorosłe życie w jakiejś ankiecie w rubryce „narodowość” wpisały „Białorusin” i powtarzają tę deklarację do dzisiaj, jak i tych, którym w momencie podziału ról życiowych wypadła lub została przez opinię społeczną przypisana dodatkowa rola „bycia Białorusinem” z racji zawodu lub stanowiska – nauczyciela języka białoruskiego, instruktora białoruskiego zespołu, dyrektora białoruskiej szkoły, białoruskiego radnego, białoruskiego dyrektora jakiejś instytucji kulturalnej itd. Z pewnością nie jest im z tą rolą dobrze, ale żeby „nie stracić twarzy” trzeba grać ją nadal, próbując siebie i innych przekonywać, że tak trzeba i że się robi wielką sprawę.

„Chciałoby się wielkich rzeczy, a szara rzeczywistość skrzeczy…”

Tak właśnie można by określić rozbieżność pomiędzy białoruskimi pragnieniami a rzeczywistymi możliwościami. Nie mam oczywiście zamiaru zaprzeczać, że w ciągu minionego ćwierćwiecza wykształciła się pewna grupa osób (także wywodzących się z obszaru etnograficznie ukraińskiego), dla których świadomość białoruska jest czymś głębszym niż opisana przez W. Pawluczuka „świadomość nazwy”. Stanowią oni jednak margines zarówno w stosunku do szacowanego na ok. 150-200 tys. (a często i więcej) ukraińsko-białoruskiego prawosławnego ogółu, który w większości deklaruje się jako „Polacy (prawosławni)”, jak i w stosunku do tej 46-tysięcznej grupy, która podczas ostatniego spisu powszechnego została zarejestrowana jako Białorusini. Jednak identyczność nazwy, którą określany jest zarówno świadomy swoich narodowych praw i obowiązków działacz którejś z organizacji zrzeszonych w Związku Białoruskim, jak i osoba mająca nikłe lub żadne pojęcie o białoruskich wartościach narodowych (Czom biłorus? Nu… bo ne polak…) stwarza pozory masowości „białoruskiej mniejszości narodowej”. To ostatnie biurokratyczne określenie robi ostatnio coraz większą karierę i jest przez liderów organizacji białoruskich używane nawet w publicznych wystąpieniach, zwłaszcza przez przewodniczącego BTSK (bo przecież dotacji na imprezy Ministerstwo Kultury udziela nie Białorusinom jako takim, a właśnie „białoruskiej mniejszości narodowej”).

Pewne pojęcie o faktycznym stanie narodowo-politycznej mobilizacji społeczności określanej mianem Białorusinów dają wyniki wyborów, w których pojawia się element konkurencji kandydatów odwołujących się do narodowo-wyznaniowych odczuć prawosławnych wyborców. Otóż podczas wyborów parlamentarnych w latach 90. kandydaci na posłów występujący pod białoruskim sztandarem narodowym mogli wywalczyć w woj. białostockim nie więcej niż ok. 4,5 tys. głosów, zdecydowanie przegrywając z prawosławnymi listami wyborczymi, które pod różnymi nazwami organizował pochodzący z ukraińskojęzycznej Orli redaktor miesięcznika „Przegląd Prawosławny” Eugeniusz Czykwin (też deklarujący się jako Białorusin, ale przede wszystkim jako prawosławny), nie mówiąc już o faworycie wyborczych sympatii „białoruskiej mniejszości narodowej” – Sojuszu Lewicy Demokratycznej (Głosowałem na SLD ponieważ jestem prawosławny – tak motywował swoją postawę jeden z hajnowskich wyborców w 2001 r.). „Obliczem” tej formacji jest tu Włodzimierz Cimoszewicz (obecny minister spraw zagranicznych), który stał się swego rodzaju „ojcem” dla znacznej części prawosławnych, po śmierci cara (a później Stalina i innych „autorytetów” z czasów PRL-u) cierpiących na głęboki kompleks społecznego sieroctwa.

Najszybciej wnioski z tej sytuacji wyciągnęło kierownictwo organizacji wprawdzie w porównaniu z minionymi czasy bardzo podupadłej, ale nadal funkcjonującej dzięki dotacjom na imprezy kulturalne. Białoruskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, pełniące za czasów Polski Ludowej rolę folklorystycznej przybudówki do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, powróciło więc bardzo szybko do swej dawnej roli, przekształcając się w organizatora imprez plenerowych i Festiwalu Kultury Białoruskiej, których głównym celem jest popularyzowanie działaczy SLD, zwłaszcza w okresach przedwyborczych (w nagrodę za te wysiłki przewodniczący BTSK Jan Syczewski otrzymał w 1997 r. mandat poselski z listy krajowej SLD, a po zwycięskich dla SLD-UP wyborach w 2001 r. synekurę we władzach woj. podlaskiego).

W „zwierciadle” statystyki

Cytat o szarej i skrzeczącej rzeczywistości można odnieść nie tylko do rozbieżności między niedawnymi nadziejami a obecnymi możliwościami białoruskich elit. Albowiem w świetle statystyki jeszcze bardziej szaro wyglądają „sprawy ukraińskie”. Wg oficjalnych wyników przeprowadzonego w 2002 r. powszechnego spisu ludności narodowość ukraińską miało w woj. podlaskim zadeklarować 1.366 obywateli polskich (oraz 75 osób bez obywatelstwa polskiego – razem 1.441 osób), zaś posługiwanie się językiem ukraińskim w gronie rodzinnym – 1.414 obywateli polskich (oraz 36 osób bez obywatelstwa polskiego – razem 1.452 osoby).

Większym optymistą co do liczby osób utożsamiających się z ukraińskimi wartościami narodowymi był białostocki socjolog Andrzej Sadowski. W swoich publikacjach sprzed kilku laty liczbę ludności deklarującej w woj. podlaskim narodowość białoruską szacował na około 50 tys. (spis 2002 r. wykazał takich osób 46 tys.), natomiast o domniemanej liczbie bardziej lub mniej narodowo świadomych Ukraińców pisał: Według ostrożnych szacunków obecnie mniejszość ukraińska w województwie podlaskim liczy od 10 do 15 tysięcy mieszkańców. Podstawowe ośrodki (rejony) zamieszkania i aktywności mniejszości ukraińskiej to Bielsk Podlaski, Białystok, Siemiatycze, Czeremcha i inne. O wiele większą, także szacunkową, liczbę Ukraińców w woj. podlaskim – około 50 tys. – podał 17 lutego 2003 r. wojewoda Marek Strzaliński podczas spotkania z przedstawicielami grup narodowych zamieszkałych na terenie województwa.

Jeszcze większą liczbę uzyskamy, gdy oszacujemy liczbę osób mających ukraińskie korzenie etniczne – mieszkające w Bielsku, Hajnówce i Siemiatyczach z ich okolicami, a także w Białymstoku, będącym najprawdopodobniej największym, kilkudziesięciotysięcznym miejskim skupiskiem prawosławnych Podlaszan (w chwili obecnej chyba każda osoba znad Buga i Narwi ma w tym mieście bliższą lub dalszą rodzinę).

Oczywiście liczbę ludności etnicznie ukraińskiej najłatwiej oszacować na „rdzennych” dla niej obszarach – wystarczy znać liczbę mieszkańców poszczególnych miast i gmin wiejskich, a także mieć jakie takie pojęcie o panujących w nich stosunkach etnicznych. Moim zdaniem, szacując „pesymistycznie”, można stwierdzić, że na terenie pow. bielskiego, siemiatyckiego i hajnowskiego (gm. Hajnówka, Narew, Czyże, Dubicze Cerkiewne, Kleszczele i Czeremcha) mieszka około 70 tys. ludności etnicznie ukraińskiej, zaś przy szacunkach optymistycznych można tę liczbę podnieść do ponad 80 tys. Zgadzałoby się to zresztą w znacznym stopniu z szacunkami podawanymi przez stronę rzymskokatolicką, oceniającą, że teren katolickiej diecezji drohiczyńskiej, obejmującej pow. bielski, siemiatycki i hajnowski zamieszkuje około 90 tys. prawosławnych (liczbę ludności etnicznie białoruskiej na terenie gm. Białowieża i Narewka oraz na terenach przyległych, głównie w Hajnówce i Bielsku można szacować maksymalnie na ok. 10-15 tys. osób). Trudniej jest z Białymstokiem, ale jest tam z pewnością około 20-30 tys. osób pochodzących z terenów nad Bugiem i Narwią (tam urodzonych lub ich potomków).

Jakkolwiek by nie liczyć, wniosek jest jeden – na terenie woj. podlaskiego zamieszka w chwili obecnej co najmniej 100 tys. osób wyznania prawosławnego urodzonych lub mających swoje rodzinne korzenie na terenie pow. bielskiego, hajnowskiego, siemiatyckiego lub w południowym, przynarwiańskim skrawku pow. białostockiego (oderwanym od „bielskiej macierzy” podczas reformy administracyjnej w 1975 r.). Jaka jest zaś możliwa górna granica liczebności tej ludności, określić jest o wiele trudniej. Jak byśmy zresztą optymistycznie nie podchodzili do szacunków liczby potomków ukraińskojęzycznych Rusinów znad Bugi i Narwi to i tak nie zmieni to faktu, że tylko około 1,5% najbardziej zaangażowanych, najodważniejszych, czy po prostu najbardziej upartych przedstawicieli tej rzeszy podczas spisu chciało i umiało obronić swoje prawo do deklarowania przynależności narodowej w zgodzie z odziedziczonym po przodkach językiem, ludową kulturą, a przede wszystkim – z własnym sumieniem.

Jak łatwo można było się domyślić najwięcej takich osób zarejestrowanych zostało podczas ostatniego spisu powszechnego w gminach pomiędzy Bugiem a Narwią oraz w Białymstoku. Ponieważ w oficjalnych wynikach spisu dla poszczególnych gmin, które opublikował Wojewódzki Urząd Statystyczny w Białymstoku, sprawę narodowości i języka używanego w domu „załatwiono” dzieląc materiał statystyczny wg rubryk „narodowość polska” i „narodowość niepol­ska”, „język polski”, „język niepolski” oraz „język polski i niepolski”, więc musimy się ograniczyć do nieoficjalnych danych opublikowanych w pierwszym numerze tegorocznego „Przeglądu Prawosławnego”, w którym podano dwie najliczniejsze „narodowości niepolskie” w danej jednostce samorządu terytorialnego (danych o języku w tej publikacji brak).

Wynika z nich, że przytłaczająca większość (90,2%) ujętych przez spis Ukraińców w woj. podlaskim zarejestrowana została na obszarze pomiędzy Bugiem a Narwią (884 osoby – 61,3%), a więc w gminach, gdzie obok Polaków mieszka autochtoniczna ludność etnicznie ukraińska oraz w wielonarodowościowym Białymstoku (417 osób – 28,9%). W pozostałych gminach widzimy co najwyżej po kilka osób deklarujących narodowość ukraińską.

Jednocześnie na tym samym obszarze zarejestrowana została także przeważająca większość z 46,4 tys. osób deklarujących narodowość białoruską – 38,9 tys. (83,8%). Z tej liczby 7,4 tys. (15,9%) Białorusinów zarejestrowano w Białymstoku, zaś na ukraińskim pod względem językowo-etnograficznym obszarze pomiędzy Bugiem a Narwią – 31,5 tys. (67,9%) osób. A zatem na etnicznie białoruski obszar pow. białostockiego, sokólskiego i wschodniej części pow. hajnowskiego przypada zaledwie kilkanaście procent Białorusinów zarejestrowanych przez spis.

Jak więc widzimy w przypadku ogółu osób, których ukraińska deklaracja narodowa została zarejestrowana podczas spisu powszechnego w 2002 roku, można ją uznać za naturalne i logiczne następstwo ich pochodzenia etnicznego. Natomiast w przypadku deklaracji narodowości polskiej, czego dokonało około 3/4 z mniej więcej 200-tysięcznej rzeszy prawosławnych mieszkańców woj. podlaskiego, decydująca okazała się zasada „mieszkam w Polsce, więc jestem Polakiem”. Jest to więc deklaracja oparta na przesłankach politycznych, społecznych („Polska mnie wykształciła i dała możliwość awansu!”), częściowo zaś kulturowych (przede wszystkim w przypadku osób młodych, przez własnych – „awansowanych” – rodziców wychowywanych w oderwaniu od mowy i kultury przodków). Reszta, a więc około 1/4 prawosławnych zadeklarowała narodowość białoruską. Dla części z nich, jak i w przypadku Ukraińców, jest to naturalne przejście od etniczności do narodowości. A co z innymi?

Można podejść do sprawy „nowocześnie” i stwierdzić, że każdy może być tym kim chce. Rzeczywiście, narodowość to nie trudne lub wręcz niemożliwe do zmiany cechy rasowe, więc teoretycznie „wszystkim można być”, tzn. dowolnie wybierać sobie przynależność narodowościową, podobnie jak np. zawód. Ale z drugiej strony, aby rzeczywiście „być kimś” trzeba mieć jakieś minimum kompetencji i wiedzy. Nikt przecież nie weź­mie na poważnie człowieka ledwie umiejącego przeczytać program telewizyjny i policzyć do tysiąca, który zadeklaruje, że jest np. wykładowcą uniwersyteckim lub księgowym. Tak samo trudno uznać za „świadomego narodowo” człowieka, który nie ma pojęcia o historii swojej lokalnej społeczności, a nawet nie umie określić przynależność języka, którym posługuje się w rodzinnym gronie. A że tak jest, łatwo się przekonać właśnie z analizy wyników ostatniego spisu powszechnego. Kwestionariusz spisowy wymagał bowiem od rachmistrza spisowego, aby ten oprócz deklaracji przynależności narodowej uzyskał też odpowiedź o język, którym osoba „spisywana” posługuje się w rodzinnym gronie. O ile narodowość można deklarować w sposób dość dowolny – byle mieściła się w zwyczajowo przyjętych dla danej okolicy granicach prawdopodobieństwa – i uzasadnić swoją „opcję narodową” argumentem „bo tak chcę”, o tyle „język niepolski” w danej miejscowości czy gminie łatwo jest zweryfikować, czy to „na własne uszy”, czy to na podstawie wyników prac językoznawców.

Jak już powiedziałem, w oficjalnych wynikach spisu opublikowanych przez Urząd Statystyczny w Białymstoku nie ma szczegółowych informacji, używanie jakich „języków niepolskich” zadeklarowano w poszczególnych gminach. Oprócz ogólnych liczb dla całego obszaru województwa mamy tylko informację, ile osób używa w rodzinnym gronie jednocześnie „języka polskiego i niepolskiego” lub wyłącznie „niepolskiego”. Analizując te dane szybko dochodzimy do wniosku, że najwięcej osób – prawie 30 tys. – używanie języka białoruskiego w rodzinnym domu – podobnie jak i narodowość białoruską – zadeklarowało w tych gminach, gdzie w rzeczywistości używa się języka ukraińskiego (oczywiście w jego gwarowej wersji). Może ktoś w Warszawie czy Poznaniu weźmie te deklaracje za dobrą monetę, ale ja w żaden sposób nie jestem w stanie wyobrazić, że w kilku tysiącach domów pomiędzy Bielskiem, Hajnówką i Siemiatyczami od rana do nocy rozbrzmiewa mowa białoruska (chyba że z radia, podczas audycji „Pad znakam Pahoni” czy „Kancertu pażadanniau”, ale z radiem przecież nikt z domowników nie rozmawia). Gdyby te 30 tys. stwierdziło „rozmawiamy w domu po ukraińsku, ale jesteśmy Białorusinami” trudno byłoby się do tego „przyczepić”. Ale kto potraktuje na poważnie „białoruską świadomość narodową” ludzi twierdzących, że ukraińska gwara, którą rozmawiają z własną rodziną lub sąsiadami, jest językiem białoruskim? Mamy więc tu klasyczny przykład zjawiska określonego przez W. Pawluczuka mianem „świadomość nazwy” – wynikającej z braku świadomości podstawowych faktów.

Można oczywiście zaryzykować stwierdzenie, że w czasach PRL-u, gdy nie mogło być legalnej ukraińskiej alternatywy, nawet ta fasadowa białoruskość miała pewien sens, podtrzymując wśród ukraińskojęzycznej ludności prawosławnej poczucie odrębności wobec polskiego ogółu. Ale w chwili obecnej jest ona już tylko zawadą na drodze do budowania naszej narodowej tożsamości.

Mamy stereotyp – pisała Eugenia Żabińska w artykule pod wymownym tytułem „Fakty, mity i… samodzielne myślenie” („U Siebie. Gazeta Bielska”, 1993): – mieszkańcy Bielska, którzy nie są Polakami, to Białorusini. Czy wielu z nas potrafiło w to wątpić? Oczywiście, wielu z nas w to wątpiło i wielu wątpi nadal. Zbyt odległy jest dla nich język białoruski, za bardzo „czuć” Ukrainą obrzędy i pieśni, niektórzy przeżyli swego rodzaju szok przypadkiem usłyszawszy Radio Kijów, jeszcze inni zadali sobie trochę trudu, poszperali w historii i zobaczyli, że z niej wcale nie wynika nasza „białoruskość”. Ale latami wbijano nam to do głowy, więc stworzono stereotyp. (…) Mnie osobiście przeraża fakt, że bardzo wielu ludzi pomimo posiadanej wiedzy nie potrafi przeciwstawić się stereotypom. Moja znajoma zwierzyła mi się: „Wiem, że jestem Ukrainką, ale co będzie gdy powiem o tym głośno, co na to powie Ola, Jola i Mariola?” Czyli jednak „instynkt stadny” jest bardzo silny.

Rzeczywiście, siła „instynktu stadnego”, czy mówiąc bardziej elegancko – konformizmu, jest trudna do przezwyciężenia. Tym bardziej, że nadal są środowiska zainteresowane jego „konserwacją” – zgodnie z filozofią wy­łożoną w dowcipie o Napoleonie, który na wymądrzanie się Stalina, że mając taką armię na pewno nie przegrałby bitwy pod Waterloo, odpowiedział: Gdybym ja miał taką gazetę jak twoja „Prawda” nikt by się o tym nie dowiedział!

„Bo husi budut syczaty”, czyli o obrońcach białoruskości ukraińskich gwar Podlasia

Bo husi budut syczaty… Tak właśnie redaktor jednego z prawosławnych periodyków usprawiedliwił ocenzurowanie mojego artykułu, w którym w stosunku do mowy mieszkańców wsi Hryniewicze Duże (Hrynewiczy Weliki) użyłem określenia archaiczna gwara ukraińska (jak się łatwo domyślić, wycięte zostało słowo ukraińska). Cóż to za „syczące gęsi” miał on na myśli? Oczywiście białoruskich aktywistów, którzy za wszelką cenę starają się podtrzymywać mit o białoruskości ukraińskich gwar okolic Bielska, Hajnówki i Siemiatycz i starają się zakrzyczeć każdego, kto ujawnia oczywistą prawdę, że to zwykła polityczna „lipa”. Jest to działanie moralnie wysoce naganne, ale na swój sposób logiczne – no bo ile osób tu mieszkających chciałoby deklarować swoją białoruską narodowość, gdyby we wszystkich docierających do nich środkach masowego przekazu zaczęto rzetelnie informować o ukraińskim charakterze miejscowych gwar i o rzeczywistych przyczynach, które po 1918 roku doprowadziły do przyjęcia przez administrację państwową zasady, że wszyscy prawosławni mieszkający na północ od Bugu to Białorusini?

Są oczywiście i przykłady bardziej „liberalnego” podejścia do problemu. Przykładem może być komentarz do wyników spisu autorstwa Jerzego Chmielewskiego, redaktora naczelnego białoruskiego „Czasopisu”, który stwierdził fakt oczywisty: Spis pokazał też, że język nie jest już wyznacznikiem narodowości. Większość tych, którzy zadeklarowali się jako Białorusini, rozmawia przecież przeważnie po polsku, najczęściej w ogóle nie znając białoruskiego. I jeszcze jedno. Mieszkańcy powiatów bielskiego i hajnowskiego, którzy posługują się gwarą jednoznacznie ukraińską, również zadeklarowali się jako Białorusini. („Czasopis”, nr 9/2003)

Został on jednak za to ostro skrytykowany przez przewodniczącego Związku Białoruskiego Eugeniusza Wappę (pochodzącego z ukraińskojęzycznej wsi w pow. hajnowskim). Wygłosił on w białoruskiej audycji radiowej „Pad znakam Pahoni” (Radio Białystok) następującą tyradę pod adresem J. Chmielewskiego: Ale kali haworym pra pryncyp moūny i kali tolki ludziej deklaruje biełaruskaść z hetaha wynikaje, szto paczuccio ichniaj biełaruskaści zwjazana taksama z paczucciom mowy, i kali ja woś czytaū Jurki kamentar u „Czasopisie”, jaki wystupiū hetym razam u roli mowaznaūcy i nazwaū terytoriju pamiż Bielskam i Hajnaūkoj adnaznaczna hutarkami ukrainskimi, to Jurka ja jość spad Hajnaūki, Misza taksama jość moj susied, czatyry kiłametry z adnoj wjoski, i kali haworyć pra mowaznaūstwa to jość mowy… hutarki paleskija, hutarki pierachodnyja jość, jakije majuć elementy biełaruskija, majuć elementy i ukrainskija, ale toje jak Ty, redaktar, hałoūny redaktar biełaruskaha czasopisa, buduczy hałoūnym redaktaram nazywajesz toj areał etniczny, na jakim prażywajuć biełarusy mowaj adnaznaczna ukrainskaj to ja hratuluju woś hetaha pośpiechu na mowaznaūczaj niwie twajoj, szto Ty prosta usie daśledawanni na praciahu stahoddziaū aposznich i dasledawanni pra momanty biełaruskija Ty prosta ūsio razsakreciū i razbiū u puch biełaruskaje mowaznaūstwa.

Jak widzimy E. Wappa wyciągnął tu cały arsenał, za pomocą którego białoruscy działacze starają się przekonywać siebie i innych, że ukraińskie gwary pamiż Bielskam i Hajnaūkoj nie są gwarami ukraińskimi, a w końcu oskarżył redaktora „Czasopisu” o swego rodzaju zdradę narodową przez  „rozbicie w puch” stuletnich osiągnięć białoruskiego mowoznawstwa (jego „koryfeusze” rzeczywiście wiele zrobili, starając się udowodnić, że będące przedłużeniem ukraińskich gwar Podlasia gwary włączonego w 1939 r. do Białoruskiej SRR Polesia brzesko-pińskiego nic nie mają wspólnego z językiem ukraińskim i stanowią „południo-zachodnią grupę” gwar białoruskich, a więc granica wykreślona przez Stalina, tytułowanego niegdyś także Wielkim Językoznawcą, jest granicą etniczną).

Ponieważ audycja miała charakter dyskusji, więc „oskarżony” bronił się stwierdzając, iż pisząc swój komentarz paklikaūsa na prafiesijnych mowaznaūcaū, skażam na prafiesara Kandraciuka. W końcu, besztany przez E. Wappę za to, że on hałoūny redaktar biełaruskaha czasopisa dopuścił się tak haniebnego czynu jak napisanie, że mieszkańcy powiatów bielskiego i hajnowskiego posługują się gwarą jednoznacznie ukraińską, odparował: Nu to szto? Heta nie praūda?

Bez wątpienia to co napisał J. Chmielewski, opierając się na ustaleniach profesjonalnych językoznawców, takich jak pochodzący z podhajnowskich Dubin prof. Michał Kondratiuk (swego czasu kandydat Białoruskiego Komitetu Wyborczego na senatora, a więc osoba, którą trudno byłoby oskarżyć o jakąś „antybiałoruskość”), jest szczerą prawdą. Potwierdza ją zresztą inny językoznawca, pochodzący z białoruskojęzycznego Nowego Lewkowa Michał Sajewicz, który również w „puch i pył rozbija” mityczne „wielowiekowe osiągnięcia białoruskiego językoznawstwa”, na które powołuje się E. Wappa. W jednym z ostatnich artykułów na temat  białorusko-ukraińskiej granicy językowej (1997 r.) M. Sajewicz stwierdza: Z dotychczasowych opracowań dotyczących gwar wschodniosłowiańskich Białostocczyzny wynika, iż autorzy stosują niejednolite kryteria ich klasyfikacji. Mankamentem niektórych badań jest brak obiektywności, wykorzystywanie argumentów nienaukowych, ignorowanie dotychczasowego dorobku w zakresie dialektologii i historii (np. „Atlasu gwar wschodniosłowiańskich Białostocczyzny”), a także wyciąganie pochopnych wniosków.

Konsekwencją zasygnalizowanego podejścia jest diametralnie różne sytuowanie w terenie granicy między gwarami białoruskimi i ukraińskimi na obszarze Białostocczyzny. Skrajnym stanowiskiem jest zaliczanie wszystkich gwar wschodniosłowiańskich Białostocczyzny do białoruskich. Zdecydowanie częściej jednak pisze się o gwarach białoruskich i przejściowych ku ukraińskim, nie precyzując przy tym, gdzie konkretnie zaczynają się owe gwary przejściowe i w oparciu o jakie kryteria je wyodrębniono. W niektórych nowszych publikacjach widoczne są tendencje do bardziej obiektywnego rozgraniczenia gwar białoruskich i ukraińskich z zastosowaniem rzetelniejszych, przede wszystkim językowych kryteriów klasyfikacyjnych. Tu należy wymienić przede wszystkim wspomniany już wyżej „Atlas gwar wschodniosłowiańskich Białostocczyzny”. Przedstawiony w postaci map bogaty materiał językowy jest doskonałą podstawą do obiektywnego przeprowadzenia granicy między gwarami białoruskimi i ukraińskimi na terenie województwa białostockiego. Pokrywa się ona w przybliżeniu z tą granicą, którą próbowali w przeszłości wyznaczyć tacy wybitni dialektolodzy, jak K. Michalczuk, J. Karski, W. Kuraszkiewicz i inni.

Szczegółowy szkic przebiegu tej granicy M. Sajewicz przedstawia na mapie, podkreślając: Wbrew stanowisku niektórych badaczy gwar wschodniosłowiańskich Białostocczyzny, białorusko-ukraińska granica językowa jest na tym terenie dość ostra, zwłaszcza na odcinku wschodnim… Gwary, które niejednokrotnie zaliczane były do gwar przejściowych lub białoruskich, są właściwie gwarami ukraińskimi, ponieważ zawierają takie cechy, które powiązane są genetycznie z obszarem kształtowania się ukraińskiego języka etnicznego. W gwarach tych brak jest natomiast istotnych, starych cech innowacyjnych wyróżniających język białoruski, które przyczyniły się do uformowania się właśnie tego języka etnicznego. Ustalonej w ten sposób przynależności językowej gwar peryferyjnych nie są w stanie podważyć… takie cechy, jak: pojedyncze archaizmy, cechy wspólne tylko niektórym gwarom białoruskim i ukraińskim, nie dające się terenowo umiejscowić cechy późniejsze, a także cechy występujące w pojedynczych formach oraz właściwości leksykalne.

Oczywiście, to co jest oczywiste dla zobowiązanego do rzetelności naukowca i możliwe do zaakceptowania dla pochodzącego z etnicznie białoruskich okolic redaktora J. Chmielewskiego, dla pochodzącego z ukraińskojęzycznego Długiego Brodu (nazwa gwarowa Mackiewiczy) przewodniczącego E. Wappy okazuje się solą w oku.

Zresztą J. Chmielewski niedawno wychylił się znowu, tym razem drukując „bez skrótów od Redakcji” kolejny odcinek wspomnień Jana Bagińskiego, pochodzącego z ukraińskojęzycznej wsi Hołody pod Bielskiem, który tak przedstawił skutki narodowościowej polityki władz radzieckich w latach 1939-1941: Sowieci w szkole zaczęli uczyć po białorusku i rosyjsku. Nikt z nas nie lubił białoruskiego. Starsi ludzie znali tylko rosyjski. Rozmawialiśmy „po swojomu”, „po prostu”. Byliśmy tutejsi, swoi, nie żadni Białorusini. (…) Sowieci zrobili z nas Białorusinów i tak pozostało po dzień dzisiejszy. („Czasopis”, nr 7-8/2004)

Tym razem w roli „strażnika moralności” wystąpił warszawian, który pod polskojęzycznym listem podpisał się Bahdan Ciesnoūski. W liście do Redakcji, opublikowanym w numerze 9/2004 pisze on: W „Czasopisie” Nr 7-8/2004 we „Wspomnieniach” Jana Bagińskiego jest parę zdań, które nie powinny były zostać wydrukowane w tym czasopiśmie. One zupełnie jakby zostały wzięte z ust faszyzujących polskich (lub rosyjskich) polityków, będących wrogami Białoruskiego Narodu. Dalej autor listu cytuje przytoczone wyżej zdania ze Wspomnień J. Bagińskiego i gromi redakcję: Dlaczego „Czasopis” udziela mu swoich łam do prowadzenia antybiałoruskiej propagandy? Niech J. Bagiński zgłosi swoje usługi J. Kamińskiemu z LPR, który głosi, że „polska dla Polaków”, A. Lepperowi z „Samoobrony” albo L. Dornowi z PiS, który chce pozbawić przedstawicieli mniejszości narodowych możliwości wchodzenia do parlamentu RP. (…) Na pewno nie „Sowieci zrobili z nas Białorusinów”, jak to pisze Jan Bagiński. Białorusinami uczynił nas Bóg. On chciał, abyśmy urodzili się Białorusinami, z rodziców Białorusinów. (…) Niektórzy sądzą, że jeżeli mówią, że nie są Białorusinami, to rzeczywiście nie są. Ale tak nie jest: Białorusinami jest się niezależnie od deklaracji. Decydują geny.

B. Ciesnoūski jako swoje strony rodzinne określa pow. białostocki, więc chyba rzeczywiście ma podstawy, aby twierdzić, że Białorusinem uczynił go Bóg, który chciał, aby urodził się on z rodziców Białorusinów i otrzymał od nich „białoruskie geny”. Ale to nie daje mu jeszcze prawa do obrażania osoby, która, tak jak J. Bagiński, o „białoruskie geny” posądzana być nie powinna. Trzeba zresztą przyznać, że na łamach „Czasopisu” wypowiedzi zbliżone do listu B. Ciesnouskiego były wysławiane niejednokrotnie. W 1991 r. był nawet przypadek, iż jeden z takich artykułów zareklamowano umieszczając na okładce informację, że wewnątrz znajduje się Epitafium podlaskim Ukraińcom. Z drugiej jednak strony rok później w „Czasopisie” opublikowano artykuł Ludność i religia gminy Dubicze Cerkiewne autorstwa nauczyciela miejscowej szkoły podstawowej Sławomira Kulika, który stwierdza: Zamieszkuje tu ludność pochodzenia północnoukraińskiego, powszechnie nazywana Białorusinami, wyznająca w zdecydowanej większości prawosławie.

Na pierwszej linii walki z niewygodnymi faktami

Tego rodzaju „momenty szczerości” są raczej nie do pomyślenia w tygodniku „Niwa”. Co więcej – „rewolucyjna czujność” jej redakcji prowadzi czasem wprost do absurdu, którego przykładem może być zamieszczony w rubryce „My praczytali, szto…” oddźwięk na ogłoszenie prasowe o zorganizowanych przez Związek Ukraińców Podlasia koncertach zespołu z Ukrainy („Niwa”, nr 42/1992). Anonimowego redaktora rubryki tak rozsierdził fakt, że w anonsie zamieszczonym w „Gazecie Wyborczej” napisano, że jeden z koncertów odbędzie się w Korytyskach, że zakrzyknął z oburzeniem: …użo Karyciski Korytyskamy stali… Jak to się mówi – i śmieszno i straszno… Bo rzeczywiście urzędowa nazwa tej wsi w gm. Dubicze Cerkiewne brzmi Koryciska, ale przecież nikt z jej mieszkańców nie nazywa jej z białoruska Karyciski, bo posługują się oni gwarą ukraińską i zapytani  po-swojomu o to gdzie mieszkają odpowiedzą: w Korystyskach. A kto nie wierzy, niech zajrzy do wydanej przez „Ossolineum” książki wspomnianego M. Kondratiuka Nazwy miejscowe południowo-wschodniej Białostocczyzny, w której jak wół stoi, że wieś ta przez swoich mieszkańców nazywana jest Korystyska, a przymiotnik od tej nazwy brzmi też po-ukraińsku – korytyśkij. A więc redaktor-komentator sam nie wie o czym pisze, czy też po prostu czytelników za durni ma?

Podobnego rodzaju pomysłem jest – uzasadniana wynikami spisu powszechnego – idea umieszczenia przez podlaskimi ukraińskojęzycznymi wsiami tablic z ich nazwami… po białorusku. Czyżby jego autorzy uważali, że ludzie, którzy swoje wsie nazywają np. Berezowo, Berezyszcze, Bobriwka, Boratyneć, Borowyky, Czeremcha, Deniski, Horodisko, Hrabuweć, Klukowyczy, Koweła, Krasne Seło, Krywiatyczy, Kudeliczy, Liszczyczy, Litwinowiczy, Łozycia, Medweżyki, Moskuwci, Horodniki, Opaka, Orechwiczy, Osłowo, Pyszczatka, Pluticzy, Rohaczy, Sapowo, Semychuczy, Sobiatyno, Tełuszki, Trostianka, Tinewiczy, Werstok (nazwy podaję za wspomnianą wyżej publikacją M. Kondratiuka) okażą się tak – mówiąc delikatnie – naiwni, że uwierzą, iż ich ruodny/rudny/ridny seła tak naprawdę nazywają się Biarozawa, Biarozyszcza, Babrouka, Baracinec, Barawiki, Czaromcha, Dzianiski, Haradziska, Hrabawiec, Klukawiczy, Kawieła, Krasnaje Siało, Krywiaciczy, Kudzieliczy, Laszczyny, Lićwinawiczy, Łazica, Miadźwieżyki, Maskoucy, Harodniki, Apaka, Arechwiczy, Asłowa, Piaszczatka, Pluciczy, Rahaczy, Sapawa, Siamichoczy, Sabiacina, Ciałuszki, Trascianka, Ciniewiczy, Wiarstok?

Przykłady kuriozów i absurdów, za pomocą których usiłuje się umacniać przekonanie o „białoruskim charakterze” etnograficznie ukraińskiego obszaru pomiędzy Bugiem a Narwią, można by oczywiście mnożyć. Można by też zacytować liczne filipiki skierowane przeciwko osobom, które zdecydowanie określają się jako Ukraińcy. Przypomniała mi właśnie jedna z takich publikacji przekonująca, że Ukraińcy w Polsce, którzy na skutek wysiedlenia podczas akcji „Wisła” w 1947 r. utracili swoje terytorium etnograficzne postanowili odbudować je właśnie na Północnym Podlasiu i stąd w latach 80. zaczęli dokonywać „ukraińskiej agresji na Kraj Białostocki”. Teza ta jest ciekawa o tyle, że – jak to często z płodami publicystyki bywa – autor ma rację, tyle że… na odwrót. Bo niewątpliwie sytuacja, która wytworzyła się w okresie powojennym na terenie woj. białostockiego rzeczywiście jest przykładem zbudowania demograficznego zaplecza „białoruskiej mniejszości narodowej” na ukraińskim obszarze etnograficznym.

Przyznaje to zresztą białoruski historyk i działacz narodowy Aleh Łatyszonak, który komentując na łamach „Niwy” (nr 4/2004) wyniki spisu powszechnego stwierdził, że 3/4 z osób deklarujących narodowość białoruską są podlaszami (tzn. osobami mieszkającymi lub mającymi swe rodzinne korzenie na terenie ukraińskojęzycznego Podlasza, wcielonego w 1569 r. do Korony Polskiej), a tylko 1/3 to lićwiny (tzn. osoby mieszkające lub mające swe rodzinne korzenie na białoruskojęzycznych terenach od Białowieży po Sokółkę, które do końca XVIII w. należały do Wielkiego Księstwa Litewskiego).

Jedni wolą milczeć o tej, przebiegającej przez wschodnią część obecnego woj. podlaskiego, historycznej granicy pomiędzy Koroną Polską a Wielkim Księstwem Litewskim, która wskutek przebiegu procesów osadniczych w XVI-XVII w. (wycięcie i zasiedlenie szerokiego pasa puszcz pomiędzy Bielskiem a Grodnem, który wcześniej oddzielał od siebie oba masywy etniczne – jego pozostałością jest m.in. Puszcza Białowieska) stała się też linią rozgraniczającą ludność ukraińską od białoruskiej. Inni zaś starają się przekonać, że historyczno-językowo-kulturowe odmienności pomiędzy „dziekającymi Lićwinami” a „dekającymi Podlaszami” są nieistotne i powinni oni wspólnie pracować dla dobra i chwały narodu białoruskiego. Jeden z głównych orędowników tej właśnie koncepcji, pochodzący z podlaskiej wsi Lachy Jan Maksymiuk niedawno wystąpił nawet z pomysłem odrębnej ortografii podlaskiej. Jak pisze J. Chmielewski w sprawozdaniu z „Trialogu Białoruskiego”, Jan Maksymiuk, rodem spod Bielska, pracujący w Radiu Swoboda w Pradze, zaprezentował opracowaną przez siebie pisownię, alfabetem łacińskim, gwar, którymi posługują się Białorusini Białostocczyzny. Podzielił ich na dwie grupy: Biełarusy-Lićwiny oraz Biełarusy-Padlaszy. Swą propozycję skierował pod adresem tych drugich, zamieszkujących tereny pomiędzy Bielskiem, Hajnówką i Siemiatyczami.

Innym działaczem tego nurtu jest mieszkający w Studziwodach (obecnie dzielnica Bielska) Doroteusz Fionik, który wydaje pismo „Бельскі Гостінэць”. Publikuje w nim m.in. teksty gwarami ukraińskimi wtaczając je w ramy cyrylicznej ortografii białoruskiej, a jednocześnie aktywnie propaguje inne białoruskie ideologiczne know-how, które na łamach „Niwy” pojawiło się w pierwszej połowie lat 90. – tezę, że mowa Podlaszan to nie gwara ukraińska lecz… starobiałoruska. To ostatnie twierdzenie uzasadnia się pewnym podobieństwem pomiędzy ukraińskimi gwarami okolic Bielska a językiem, którym posługiwano się w pismach urzędowych powstałych w XIV-XVII w. na obszarze Białorusi, która wówczas należała do Wielkiego Księtwa Litewskiego. Język ten białoruscy historycy skwapliwie nazywają „starobiałoruskim” skwapliwie przy tym „zapominając”, że posługiwano się nim na całym obszarze Wlk. Ks. Litewskiego, a więc na etnicznej Litwie i Ukrainie, a  także w należącej od XIV w. do Korony Polskiej Galicji, a nawet w Mołdawii.

Oczywiście już z faktu terytorialnego zasięgu owego języka, wówczas nazywanego tylko i wyłącznie językiem ruskim, wynika, że nie był to język, którym posługiwał się ogół dawnych Białorusinów, Ukraińców, Litwinów czy Mołdawian. Podobnie jak łacina w Europie Zachodniej i Centralnej, język ruski pełnił wyłącznie funkcję kniżnoji mowy – języka aktów i ksiąg urzędowych, powstał zaś na bazie staroruskiego języka urzędowego używanego jeszcze w czasach Rusi Kijowskiej. Z czasem nasiąkał on nową terminologią oraz wpływami języków, którymi na co dzień rozmawiali pisarze, a więc zarówno białorutenizmami, jak i ukrainizmami, a od XVI w. także bardzo licznymi polonizmami. Wpływy te były widoczne jednak głównie w słownictwie, bowiem w ortografii pisarze orientowali się raczej na zasady odziedziczone po dawnych czasach, unikając takich innowacji jak ukraińskie nowe „i” w miejscu dawnego „o”, czy białoruskie „dz”, „c”, „a” w miejscu dawnego „d”, „t”, „o”. Tak więc Ukraińcy na ogół pisali „białoruskie” „вол” a nie „віл” (czy „вуол” lub „вул”), zaś Białorusini „ukraińskie” „ходити”, „голова”, a nie „хадзіць”, „галава”. Często więc trudno na pierwszy rzut oka rozpoznać, czy osoba pisząca dany dokument była Ukraińcem czy też Białorusinem. Czasem jednak ojczysty język pisarza przebija przez archaiczną ortografię dość mocno, zwłaszcza gdy był on czy to mało uczony, czy też mało uważny i zamiast „и”, „ht” pisał „ы”, „и”, np.: „ино мы тую грамоту в книгу Дьякови нашому упысаты велилы” (1430 р., „Грамоты великих князей литовских с 1390 по 1569 год”, Киeв 1868. W słowie Дья­кови widzimy też ukraińską końcówkę
„-oви” zamiast dawnego „-у”).

Nic zatem dziwnego, że ów język „starobiałoruski”, zwłaszcza w dokumentach spisanych przez pisarzy na co dzień mówiących po ukraińsku, bardziej jest podobny do ukraińskich gwar Podlasia niż do współczesnego języka białoruskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że „prosty lud” na Podlasiu tym językiem nie rozmawiał i nie jest on historycznym etapem rozwoju współczesnego języka ukraińskiego czy białoruskiego, lecz „językiem książkowym”, funkcjonującym równolegle do „żywego języka” naszych przodków. Nie jest to więc żaden dowód w dyskusji o przynależności gwar okolic Bielska, Hajnówki i Siemiatycz do któregoś z masywów językowych, a jedynie kolejny przykład wysiłków osób, które zaplątały się w pajęczynie mitów o naszej rzekomej białoruskości i – nie umiejąc się z niej wyplątać – wbrew oczywistym faktom szukają teraz argumentów, którymi chcą „logicznie uzasadnić” swoją orientację narodową.

Właściwie tego rodzaju wysiłki nie powinny dziwić. Bo nawet gdy przyjmiemy zasadę, że każdy może być tym kim chce, to i tak ogół ludzi deklarujących swoją przynależność narodową pragnie czuć pod nogami jakiś twardy grunt, mieć argument, którego można by użyć w konfrontacji z osobami mającymi inny punkt widzenia – więc za wszelką cenę szukają czegoś co mogłoby chociaż iluzją takich faktów. Z drugiej strony człowiekowi, który przez lata słyszał, że on i jego pobratymcy to Białorusini, często jest bardzo trudno odrzucić przekonanie, że ta przypisywana mu białoruskość nie ma żadnego głębszego uzasadnienia – ani w wielowiekowej historii regionu, ani w języku, ani w kulturze, a jest tylko sposobem na zamydlenie mu oczu, aby nie mógł dostrzec rzeczywistej natury rzeczy.

Tak więc, czy to pierwszej, czy też z drugiej przyczyny bardzo wiele osób w konfrontacji z osobami stwierdzającymi ukraiński etniczny charakter regionu – objawiający się na zewnątrz przede wszystkim przez język rozmów i pieśni jego mieszkańców – stara się za wszelką szukać kontrargumentów. A gdy okazuje się, że bardzo trudno je znaleźć w ruch idą frazesy o jego „przejściowości” oraz językowym i narodowym „pomieszaniu”. Usłyszeć też można: Koliś robili z nas na siłu biłorusuw, a teper choczut zrobiti ukrajinciuw. Jak więc widzimy to swego rodzaju szczepienie ochronne przed „ukraińskim nacjonalizmem”, które zaaplikowano mam przed półwieczem okazało się w znacznym stopniu skuteczne i wytworzyło nawet sporą rzeszę aktywnych bojowników z „ukrainizacją”. Chociaż są też i tacy, którzy mówią: Ja to wże ostanu biłorusom, ale muoj syn to wże bude ukrajinciom. I nie jest to jakiś paradoks, bowiem synowskie bycie Ukraińcem nie jest w tym przypadku jakimś zaprzeczeniem ojcowskiego bycia Białorusinem, a tylko zerwaniem z anachronicznym stereotypem.

Oko w oko z sumieniem

Chyba już jednak pora kończyć te rozważania, bo z felietonu, w którym miało być kilka myśli wywołanych lekturą najnowszej książki Włodzimierza Pawluczuka, zrobił się sążnisty artykuł na temat sztuki życia w nieprawdziwym świecie. Niewątpliwie każda społeczność, która znalazła się w roli „mniejszości narodowej”, staje przed takim zagrożeniem – utratą wpływu na rzeczywistość, w której żyje. My byliśmy właściwie bez szans – u progu pierwszej wojny światowej, która wywróciła tradycyjne formy naszego życia, etnicznie (czy jak wolałby W. Pawluczuk – etnograficznie) ukraińska ludność Podlasia nadal trwała w stanie przednarodowego bytu, niczym poza językiem i folklorem nie zdradzając swojej odrębności wobec Rosjan, Polaków czy Białorusinów. Gdy więc po rosyjskiej rewolucji marcowej, późniejszym bolszewickim przewrocie (tzw. „wielka socjalistyczna  rewolucja październikowa”), a w końcu po klęsce Niemiec i Austro-Węgier z wojennych zgliszczy zaczął się wyłaniać nowy świat – „świat ułożony w narody” – byliśmy łatwym obiektem manipulacji. Dlatego też w kolejnych dziesięcioleciach stało się z nami to, co w jednym z publicznych wystąpień socjolog Andrzej Sadowski (notabene pochodzący ze wsi Tinewiczy Weliki koło Narwi), ujął następującymi słowami, przekazanymi nam przez dziennikarza „Gazety Wyborczej” Macieja Chołodowskiego: Jeśli grupa mniejszościowa nie potrafi zdefiniować własnego wizerunku, zostanie jej narzucony wizerunek tworzony przez większość.

Ta większość, a więc „koła rządowe” międzywojennej Polski, a później Związku Radzieckiego, była jak najbardziej daleka od tego, aby w jakikolwiek sposób sprzyjać rozbudzaniu wśród ukraińskojęzycznej ludności okolic Bielska Podlaskiego, Brześcia, Kobrynia czy Pińska ukraińskiej świadomości narodowej. Co więcej, z uwagi na potencjał demograficzny narodu ukraińskiego i siłę jego dążeń niepodległościowych, sam fakt uznania przynależności tych terenów do ukraińskiego obszaru językowego i etnograficznego był politycznie niebezpieczny – zarówno dla polityki Warszawy, jak i Moskwy. Tak więc administracja polska przyjęła zasadę traktowania ogółu niepolskiej ludności woj. białostockiego i poleskiego jako statystycznych Białorusinów. Również władze ZSRR, które 17 września 1939 r. wysłały na te tereny z „bratnią pomocą” Robotniczo-Chłopską Armię Czerwoną, postanowiły, że na tym terenie dokonane zostało „wyzwolenie Białorusinów” i włączyły go do Białoruskiej SRR (w 1944 r. część „białostocka” została zwrócona Polsce Ludowej). I tu i tam Ukraińców jako świadomego narodu miało po prostu nie być.

Ale życie to proces dynamiczny – zmienia się świat, zmieniają się żyjące na nim pokolenia. Zresztą zawsze obok ludzi godzących się z narzuconymi im rolami znajdą się też ci, którzy – często nawet wbrew ogółowi swoich bardziej spolegliwych ziomków – będą szukać odpowiedzi na pytanie „jak to jest naprawdę, kim my w rzeczywistości jesteśmy?” Początkowo owo szukanie autentycznych podstaw naszego duchowego bytu było nieśmiałe, ograniczone do prób pisania językiem wyniesionym z ojczystego domu. Z czasem jednak nabrało intensywności i rozmachu, zapoczątkowując proces społeczny, który Bohdan Huk, ukraiński publicysta z Przemyśla scharakteryzował w 1989 r. następującymi słowami: Proces podlaski – to dość szeroki ostatnim czasem ruch w poszukiwaniu swej ukraińskiej identyfikacji narodowej w jej współczesnym rozumieniu. Swoimi cechami przypomina on większość znanych z historii Ukrainy ruchów przebudzenia narodowego. Chcę podkreślić jego, według mnie najważniejszą cechę – to ruch za Prawdę.

Prawda… Przed półtorej wieku Szewczenko w jednym ze swoich poematów, którymi budził ukraiński lud z etnograficznego letargu do narodowego życia, pisał: 

       Moliteś Bohowi odnomu,

       Moliteś Prawdi na zemli

       A bilsze na zemli nikomu

       Ne pokłoniteś

Ale czy jest w naszomu pudlaśkomu narodi zapotrzebowanie na tę Ukraińską Prawdę – stojącą w sprzeczności z tym co przez dziesięciolecia wkładano do głów naszym dziadom, ojcom i nam samym? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć już sam przed własnym sumieniem. Bez oglądania się na innych, no i na statystykę…

Jurij HAWRYLUK

Zdjęcia autora artykułu

“Над Бугом і Нарвою”, 2004, № 5, стор. 30-39.

Залишити відповідь

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься.