ІСТОРІЯ,  КУЛЬТУРА,  НАШЕ 30-ЛІТТЯ,  Наші статті

„Wszystkim można być”, czyli narodowa sztuka życia w nieprawdziwym świecie

Część I

Wszystkim można być. Takie właśnie szokujące stwierdzenie, zanotowane przez Antoninę Kłoskowską w książce Kultury narodowe u korzeni (Warszawa 1996), pada z ust jednego z respondentów badaczki pytanego o przynależność narodową. Badaniem objęta została niewielka grupa przedstawicieli tzw. białoruskiej mniejszości narodowej. Jak stwierdza autorka, wykorzystano w nim biografie sześciu przedstawicieli młodej inteligencji pochodzenia chłopskiego, a także życiorysy starszej generacji (osoby urodzone przed 1931 rokiem), mieszkańców jednej z gmin na południe od Bielska Podlaskiego. Jest to więc bez wątpienia gmina ukraińskojęzyczna, co wynika też z wypowiedzi jednego z jej mieszkańców, określonego jako Robotnik: Robotnik zaczyna od deklaracji: „Ja czuję się Polakiem […] tu w Polsce mieszkam i jestem Polakiem”, ale dalej stwierdza: „Narodowości jestem białoruskiej, ale jestem Polakiem, bo w Polsce mieszkam cały czas, od dziada, pradziada”. Jeszcze dalej mówi: „My niby jesteśmy Białorusini, a białoruskiego języka nie znamy”. Język swój określa jako chachłacki, „podobny pod ukraiński”.

A co z tym, że „można być wszystkim”? To stwierdzenie należy też do przedstawiciela „starszej generacji”: Rencista po trzech klasach szkoły powszechnej przed wojną, zaczyna od określenia podobnego jak dziadek Sekretarki: należy do narodu „rodzonego, prawosławnego”, ale dalej uznaje, że jest Polakiem, „bo w Polsce rodzony […]. Wszystkim można być […] my jesteśmy Polakami, bo tu mamy Polskę”. Kolejarz, który daremnie dążył do studiów wyższych, mówi: „Jako obywatel, to jestem polski […] do którego narodu ja by siebie zaliczył, to ja sam nie wiem […]. Bo nie mogę ja przyznać, że jestem Białorusinem […] jestem pra… [wosławny] no mniej więcej zaliczam siebie jako do narodu białoruskiego”.

Te rozważania, kuriozalne dla osoby „od kołyski” wychowywanej w poczuciu przynależności do określonego narodu, przypomniały mi się w trakcie lektury niedawno wydanej powieści Włodzimierza Pawluczuka – Judasz (Warszawa 2004).

O czym jest ta książka?

Takie pytanie, wraz z próbami odpowiedzi na nie, zostało umieszczone na ostatniej stronie okładki. Zdaniem autora jest to książka o zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z panem Bogiem, o miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Marek Zaleski stwierdza zaś, że to opowieść o ludzkich głodach – seksualnym i religijnym – o związkach erotyki i polityki, erotyki i religii, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej prawosławnej religijności sekt apokaliptycznych, tajemnicy i manipulacji wreszcie.

Wszystko to w tej książce z pewnością jest. Ale moim zdaniem podstawowe osiągnięcie tego dzieła to literackie odkrycie faktu, że zarówno młodemu bohaterowi powieści – Saszce z położonej kilkanaście kilometrów od Hajnówki niewielkiej wsi Kamień (pomiędzy Kuraszewem i Tyniewiczami) – jak i całemu jego pokoleniu przyszło żyć w świecie, który wskutek Wielkiej Wojny, rewolucji i zmiany państwowych granic utracił cechy prawdziwości uświęconej przez tradycję – odczucie, że „tak było zawsze”.

Sieroty po prawosławnym carze

Saszka jednak cały czas miał wrażenie jakie­goś fałszu, sztuczności. Wszystko, co prawdziwe i rzeczywiste, było przed wojną, za cara. Przed wojną były prawdziwe wesela i prawdziwe święta: Wielka­noc, Boże Narodzenie, zapusty. Prawdziwe zabawy i bójki na zabawach. Prawdziwe lasy i prawdziwe po­la. W lasach były wilki prawdziwe, na polach straszyły duchy, wiedźmy i zmory. Prawdziwe były mrozy zimą i upały latem. Teraz wszystko jakoś inaczej, nie tak, w ćwierć drogi, bez rozmachu i pewności. Cerkiew też nieprawdziwa. Zamiast w mosiężne dzwony, biją w relsy żelazne, pop nadal prawi o piekle, ale jakoś bez przekonania. Wiadomo, że nikt z mężczyzn w to nie wierzy. Baby to może jeszcze… Modlą się za władzę – nie wiadomo jaką i nie wiadomo czyją. Władza też nieprawdziwa. Prawdziwa władza to władza carska.

Osobom wychowanym na polskich podręcznikach historii trudno jest powiedzieć coś dobrego o panującym w Imperium Rosyjskim reżimie społeczno-politycznym, którego symbolem był samowładny monarcha – car. Tym bardziej sentymentu do „carskich czasów” nie ma też historiografia ukraińska – zwalczanie wszelkich przejawów ukraińskiej odrębności narodowej były przecież kamieniem węgielnym polityki wewnętrznej władz rosyjskich. Jednak na Północnym Podlasiu przed I wojną światową nie było żadnego „separatyzmu”, który na narodowym tle mógłby doprowadzić do narodowego konfliktu „małoruskich” prawosławnych włościan z „wszechruskim” carem i zarazić ich wizją ułożenia życia społecznego na narodowo-demokratycznych osnowach. Trwała tutaj natomiast polsko-rosyjska (katolicko-prawosławna) walka. Znaczącą rolę odgrywała w niej zarówno Cerkiew, jak i oświata. W organizowanych masowo od lat 80. XIX w. szkołach dla ludu intensywnie zaszczepiano poczucie lojalności wobec rosyjskiego państwa i cara, hymnem-modlitwą za którego kończono lekcje: Boże Caria chrani. Silnyj, dierżawnyj carstwuj na sławu nam car’ prawosławnyj! Carstwuj na sławu nam, carstwuj na strach wragam, da budiet bezsmiertnyj twoj carskij rod, pust’ błagodienstwujet Russkij Narod!

Gdy mieszkańcy ukraińskojęzycznych wsi pod Bielskiem i Hajnówką (wśród nich i Kamienia, z którego pochodził bohater książki Pawluczuka, określony przez wydawcę jako prosty chłopak z białoruskiej wioski) powracali z bieżenstwa, ich tradycyjny świat, którego gwarantem miał być car prawosławnyj, już nie istniał. Car-Batiuszka zginął od bolszewickich kul, na miejscu opuszczonych w 1915 r. domów zastawali z reguły zgliszcza, a władza odrodzonej Polski, która zajęła miejsce niegdysiejszej Rasiei-Matuszki, odbierała cerkiewne majątki, ograniczała do minimum ilość prawosławnych parafii i też wymagała lojalności. Trzeba było więc nie tylko odbudowywać zniszczone gospodarstwa, ale i uczyć się życia w nowym świecie, w którym wszystko było już „nie takie”.

„Czy ty to rozumiesz?”

Jedną z nowości była kwestia poprzednio chowana za hasło jedności narodu russkiego, w ramach którego Małorusom i Białorusom przypadały role bratnich plemion, podporządkowanych wielkiemu plemieniu Wielkorusów. Nowa polska władza w ramach swojej polityki statystyczno-narodowej uznała, że im mniej Ukraińców tym lepiej i ukraińskojęzyczny (małoruski) lud prawosławny w granicach włączonych do Polski powiatów gub. grodzieńskiej i pińskiej (w czasach carskich wchodziły w skład tzw. Kraju Północno-Zachodniego) obdarzyła urzędowym mianem Białorusinów. Podobnie postąpiły też bolszewickie władze w Moskwie, z których inicjatywy w 1923 r. powołana została autonomiczna sekcja podziemnej Komunistycznej Partii Polski – Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi. Jako teren jej działania wyznaczono obszar dawnego Kraju Północno-Zachodniego – woj. białostockie, poleskie, wileńskie i nowogródzkie, który zaczęto odtąd nazywać Zachodnią Białorusią. Zgodnie z planami snutymi w Moskwie terytorium to miało być odebrane Polsce i przyłączone do ZSRR – jako część Białoruskiej SRR.

Jako że Saszka w swej młodzieńczej biografii miał epizod „marynarza Czerwonej Floty” również jego próbowano wciągnąć w działalność komunistyczną – okraszoną hasłami o walce za wyzwolenie Białorusi i połączoną z próbami mówienia językiem białoruskim. Miejscem wtajemniczenia miało stać się konspiracyjne zebranie Komsomołu na polanie w lesie pod Łosinką, któremu przewodniczył znajomy Saszki, pochodzący ze wsi Zbucz Alosza, który związał się z bolszewikami podczas pobytu w bieżenstwie.

Alosza zagaił zebranie. Powiedział o powołaniu Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. Rewolucyjna młodzież będzie wiernym sojusznikiem partii w walce o wyzwolenie ziem białoruskich spod polskiej okupacji. Potem udzielił głosu przybyłemu z centrali gościowi, towarzyszowi Mellerowi, żeby wygłosił wykład na temat dzieła Lenina „Materializm a empiriokrytycyzm”. (…)

Saszkę zdziwił język, jakim mówił prelegent i jakim witał go Alosza. Obaj mówili, a raczej usiłowali mówić po białorusku. Saszka znał tę mowę ludzi spod Grodna i Wołkowyska, ale nigdy nie słyszał, żeby tak mówił człowiek z miasta, pop czy nawet chłop w urzędzie. Kiedyś mówiło się po rosyjsku, teraz – po polsku. Tak mówiących mieszkańcy okolic Hajnówki nazywali Lićwinami lub, obraźliwie, dzierkaczami, ze względu na charakterystyczne miękkie „dzie”. Ich mowę nazywano dziekaniem. Lićwiny zaś mieszkańców okolic Hajnówki nazywali Matanami. Ich mowa, podobnie jak na Polesiu, była twarda. Tak mówił w domu Saszka; w mieście albo z gośćmi ze świata mówił po rosyjsku albo po polsku.

Zdziwiło więc Saszkę, że Alosza, sam z Matanów, zamiast mówić po swojemu, tak jak z Saszką na bazarze, mówi po lićwińsku i że tak też usiłuje mówić przybyły ze świata prelegent. Szło mu zresztą nieskładnie i szybko przeszedł na mowę podobną do rosyjskiej.

Saszka próbował później dociec sensu próby używania przez Aloszę i „towarzysza z centrali” obcego dla słuchaczy języka:

– Dlaczego ty i gość mówiliście po lićwińsku? Alosza roześmiał się, a potem rzekł z powagą:

Oj, Saszka, Saszka, nie dokształcasz się. Nie rozwijasz się. Musisz częściej przychodzić na nasze zebrania. To żaden lićwiński, tylko język białoruski. Nasz ojczysty język. Rozumiesz? Jest wielki naród białoruski i my walczymy o jego wyzwolenie spod polskiej okupacji. I to jest nasz rodzony język, w którym trzeba rozmawiać. My jesteśmy Białorusinami. Czy ty to rozumiesz?

Tłumacząc to, Alosza był wyraźnie poirytowany. Wyglądało na to, że sam nie był pewien tego, co mówił, i być może dlatego się denerwował. Tak to odczuł Saszka.

– My przecież jesteśmy Ruscy – powiedział Saszka. – Prawosławni.

– Ruscy, Saszka, to są wszyscy – wyjaśniał Alosza. – Wszyscy rewolucjoniści – dodał po chwili.

– Ruscy to są wszyscy prawosławni – rzekł Saszka. Wydawało mu się, że wypowiada prawdę oczywistą, jak dwa razy dwa jest cztery. Tak przecież było z dziada pradziada.

„A towarzysz Meller też jest Ruski?”

Równie niedokształcony okazał się Saszka w kwestii przynależności narodowej – chociażby towarzysza Mellera:

Saszce jednak było nie do śmiechu. Czuł się zagubiony w tym świecie pełnym sprzecznych słów. A tu jeszcze ta białoruskość i ruskość rewolucjo­nistów.

– No dobrze – zapytał po chwili – a towarzysz Meller też jest Ruski?

– Towarzysz Meller – zaczął Alosza, zastanawiając się nad każdym słowem – towarzysz Meller jest Żydem. Z pochodzenia. Ruskim Żydem. Jak każdy rewolucjonista jest Ruski. Ale jest założycielem Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi, więc jest Białorusinem.

Saszkę skołowało to do reszty. Alosza musiał to zauważyć, bo dodał:

Co ty, Saszka, tak się uczepiłeś do tych na­cji? Nacja, religia, rasa – wszystko to bez znaczenia. Dla rewolucjonisty jest tylko jedna nacja i jedna religia: rewolucja.

Tak więc dawną wiarę w ruskiego cara miała zastąpić wiara w ruską rewolucję, której w Moskwie oddawano cześć pokłonami przed zabalsamowanym truchłem „wiecznie żywego” Lenina, a w łosinczańskim lesie obrzędem czytania jego filozoficznych tekstów przed mającą w najlepszym razie po kilka klas „carskiej szkoły” wiejską młodzieżą:

Z ust prelegenta sypały się słowa coraz zawilsze, coraz bardziej tajemnicze, mocne, wzniosłe, niezwykłe. Saszka miał wrażenie, że jest świadkiem jakiegoś bardzo ważnego wydarzenia. Słuchał oto człowieka, który znał niepojętą dla zwykłego śmiertelnika tajemniczą prawdę. Człowiek ten przyszedł stamtąd – nie wiadomo zresztą skąd, nie wiadomo kim jest, gdzie się urodził, gdzie mieszka, co robi. Wiadomo tylko, że jest z owego tajemniczego, niewidocznego świata, gdzie się rozdaje prawdę w jej czystej postaci.

W tych warunkach kwestią wiary i prawowierności stawało się traktowanie wszystkiego zgodnie z nakazem partyjnej władzy, która „ma zawsze rację”. Więc i narodowość swoją i cudzą należało traktować z odpowiednią dowolnością – jako pochodną partyjnych funkcji lub zasług.

Już w końcowej części powieści kolejny wykład w tej osobliwej szkole narodowej samowiedzy daje Saszce „bałachowiec” Wiktor, będący w rzeczywistości zakonspirowanym funkcjonariuszem radzieckich organów bezpieczeństwa, który stwierdza: Jestem Niemcem. Z Estonii, więc jestem Estończykiem. Ruskim, bo moja mama była pra­wosławna. Jestem też Białorusinem. – Nieznajomy roześmiał się. – Oficerem Białoruskiej Armii Narodo­wej generała Bałachowicza.

A więc – wszystkim można być… W zależności od sytuacji.

Naród bez Księgi

Saszka jednak komunistycznym aktywistą walczącym o wyzwolenie Białorusi spod polskiej okupacji nie został (jak stwierdził podczas jednej rozmów z Wiktorem: Zawsze jest jakaś okupacja, ale po co zaraz walczyć?). Nasz bohater zwrócił się natomiast w stronę religii, przyłączając się do sekty „proroka” Illi w Grzybowszczyźnie, a nawet stając się jednym z jej „apostołów”. Wcześniej jednak, podczas wybierania ziemniaków z jamy stracił na chwilę świadomość i miał wizję rozmowy z Bogiem, który dał mu Księgę Przeznaczeń podlaskiego ludu prawosławnego: …wszystko kręci się według pewnych zasad, dla każdego narodu innych. Te zasady też trzeba było spisać – oddzielnie dla każ­dego ludu, wiary, języka. Kupa roboty. Powstała z tego cała biblioteka. Szatan to spisał. Wszystko się mieści w czwartym niebie, każdy lud ma tam swoją księgę.

Czy i nasz prawosławny lud też ma?

Oczywiście – uśmiechnął się Bóg – kazałem ją właśnie dostarczyć – rzekł, wysuwając jedną z szuflad. – Oto ona. – Bóg wyjął starą księgę w postrzę­pionej skórzanej oprawie.

Saszce oczy rozbłysły. Chciał zapytać, czy może zajrzeć, ale wydało mu się to niestosowne. Bóg odgadł myśli Saszki i powiedział:

Dam ci ją. Weź ze sobą, zresztą sam wi­dzisz, że jest bardzo stara. Muszę dać archaniołowi Michałowi polecenie, żeby przygotował z Szatanem nową wersję do zatwierdzenia. Ale z tej też dużo się dowiesz. Tylko pamiętaj: nie możesz jej otwierać ani do niej zaglądać. Otworzysz ją w cerkwi równo o pół­nocy i będziesz czytać do pierwszego piania kogu­tów. Potem zamkniesz i czytać zaczniesz następnej nocy. Zrozumiałeś?

Tak, o Wszechmocny – rzekł Saszka, przy­ciskając księgę do piersi. – A czy księga napisana jest po rusku? [rosyjsku – JH]

– Nie, skądże – rzekł Bóg. – Ta napisana jest w takim języku, w jakim z Handzią rozmawiasz. Po rusku mam inną. Diabeł chciał pisać po białorusku, ale nie zgodziłem się. Ten to zawsze ma jakieś pomysły.

Słusznie, Panie Boże. Po białorusku to u nas nikt pisać ni czytać nie umie. Tam w puszczy Lićwiny to jeszcze jakoś dziekajuć, ale u nas to nie. A Alosza ze Zbucza mówi, że powstanie wolna socjalistyczna Białoruś pod wodzą powstańców z Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. I wszyscy wtedy będą rozmawiać po lićwińsku.

Bóg nie odpowiedział. Widać, nie chciał zawracać sobie głowy takimi szczegółami. W końcu rzekł jakby sam do siebie:

Ten Szatan to ciągle ma jakieś idiotyczne pomysły. Muszę go za ogon wytargać

Jednak nie było dane Saszce czytać księgi, gdyż usłyszawszy wołanie żony Handzi, gwałtownie się zerwał i odruchowo, mimo woli otworzył trzymaną w rękach Księgę Przeznaczeń. Księga się rozpłynęła, a w ręku pozostał tylko jakiś śmieć. Saszka jak opętany wyskoczył z jamy.

– Coś ty narobiła, coś ty narobiła! – krzyknął, chwyciwszy Handzię za ramiona. – Przez ciebie straciłem Księgę Przeznaczeń naszego ludu prawosławnego.

Tak więc prawosławny lud podlaski pozostał bez swojej Księgi, a więc bez własnego pojęcia – o sobie, o innych, o swoich celach, także narodowych. Dryfował więc (i dotąd dryfuje) w nurcie wydarzeń, których kierunki wyznaczali inni, gdzieś daleko. Natomiast w podlaskich wsiach powszechnie mówiono o końcu świata, śpiewając zapowiadające rychłą apokalipsę długie smutne pieśni w okraszonym ukraińską wymową języku podobnym do rosyjskiego, z powtarzającymi się słowami Hore nasze hore – jak na swity żyty? (ewentualnie – jak na swieti żyti, bo taka archaiczna ukraińska wymowa jest typowa dla Kamienia).

Narodowość z nadania

Przeczuwany przez lud i zapowiadany przez „proroka” Illę koniec świata jednak nie nadszedł. Przyszła kolejna, jeszcze bardziej krwawa wojna, której pierwszym skutkiem dla Północnego Podlasia było „wyzwolenie gnębionego narodu białoruskiego i ustanowienie władzy radzieckiej”. Przyłączywszy przedwojenny powiat bielski do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (Bielsk znalazł się w obłasti białostockiej, zaś Siemiatycze, Kleszczele i Hajnówka w brzeskiej) „sowieci” zaczęli organizować dla miejscowej ludności ukraińskojęzycznej białoruskojęzyczne szkoły, bo przecież wszyscy „Ruscy” na tym terenie powinni być Białorusinami, co urzędowo zadokumentowano wpisując do paszportów nowo upieczonych obywateli radzieckich narodowość białoruską (jak wiadomo – „władza wie lepiej”). Podobnie uczyniono latem 1944 r., gdy nastąpiła tu krótkotrwała restytucja „władzy radzieckiej”, którą szybko zastąpiła zależna od Moskwy polska „władza ludowa”, która w swojej „polityce narodowościowej” również stosowała bardzo podobne zasady, klasyfikując narodowo mieszkańców pow. bielskiego, białostockiego i sokólskiego na podstawie przynależności religijnej. Tak więc polsko- i białoruskojęzyczni katolicy byli traktowani jako Polacy, zaś białorusko- i ukraińskojęzyczni prawosławni – jako Białorusini. W pierwszym przypadku miało to pewne uzasadnienie, albowiem białoruskojęzyczni katolicy z racji silnego polonizującego wpływu Kościoła katolickiego powszechnie określali swą przynależność narodową jako polską. Natomiast ogół ludności prawosławnej nie miał ugruntowanego poczucia narodowego, a doświadczenie życiowe uczyło, że najlepiej deklarować taką „przynależność narodową”, której oczekuje aktualna władza.

Tak więc, czytając zarówno źródła statystyczne z okresu powojennego, jak też inne dokumenty, w których podaje się narodowość, musimy być świadomi tego, iż określanie w nich mieszkańców wschodniej części woj. białostockiego, a więc i pow. bielskiego, mianem „Białorusinów” było następstwem nie białoruskiej świadomości narodowej, lecz urzędniczej praktyki – podobnie jak w okresach poprzednich. Właściwsze będzie więc określenie – „ludność urzędowo białoruska” czy „urzędowi Białorusini”, co sugeruje chociażby sprawozdanie wojewody białostockiego z 29 XI 1944 r., w którym stwierdza on, iż w trzech wspomnianych wyżej powiatach są gminy zamieszkałe przez: świadomą urzędowo ludność białoruską! Taką narodowość (najczęściej w wersji Białorus, będącej kalką z rosyjskiego Biełorus) wpisywano do wszelkiego rodzaju urzędowych ankiet i spisów personalnych, jak też w pismach kierowanych przez samych zainteresowanych do urzędów, co obecnie często jest uważane za dowód rozwiniętej białoruskiej świadomości narodowej.

W rzeczywistości, jak podkreśla niezastąpiony w tej kwestii badacz spraw narodowych na tzw. Białostocczyźnie – Białorusin Eugeniusz Mironowicz, społeczności określanej mianem „Białorusinów” (Białorusów) – w okresie powojennym nie łączyła żadna ideologia narodowa czy polityczna. Najistotniejszym wyznacznikiem odrębności wobec polskiego otoczenia było wyznanie prawosławne, nie zaś elementy kultury narodowej. […] Prawosławnym masom białoruska świadomość narodowa, jak również aspiracje polityczne z tym związane były czymś obcym i niezrozumiałym.

Ten swego rodzaju „narodowy analfabetyzm” był właściwy zarówno ludności ukraińsko– jak i białoruskojęzycznej. W warunkach ówczesnego krojenia nowych granic państwowych i dopasowywania do nich sytuacji w terenie było to zjawisko na swój sposób pozytywne. Ponieważ na terenie woj. białostockiego nie było żadnej zorganizowanej działalności „antypolskiej”, więc podczas tzw. repatriacji do ZSRR (1944-1946) władze nie stosowały tu przymusu, również podczas akcji „Wisła” (1947) nikt nie zainteresował się ludnością ukraińskojęzyczną w pow. bielskim. Wydawać by się mogło, że po zakończeniu „repatriacji” i likwidacji będących spuścizną po „sowietach” szkół z językiem białoruskim również ludność prawosławna spokojnie pójdzie tą samą drogą, co białoruskojęzyczni katolicy – drogą szybkiej polonizacji pod wpływem szkół, państwowych instytucji kulturalnych i środków masowego przekazu, organizacji społecznych itd.

Wkrótce jednak na tej drodze zaczęły pojawiać się wyboje. Pierwszym z nich był radziecki nakaz odnowienia w woj. białostockim szkół z nauką w języku białoruskim (1949). Później, już na fali postalinowskich przemian, w 1956 r. władze stworzyły „białoruskie w formie, socjalistyczne w treści” instytucje – tygodnik „Niwa” i Białoruskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, do pracy w którym oddelegowano prawosławnych funkcjonariuszy wojewódzkiego aparatu partyjnego i organów bezpieczeństwa. Powstała więc pewna forma, w którą mogła się wlewać ta część prawosławnych, którzy chcieli w jakiś sposób pielęgnować elementy swojej odziedziczonej po przodkach „ruskiej” kultury i tradycji. W ten sposób, w ciągu czterech dziesięcioleci trwania PRL-u powstała fasada oficjalnej, biurokratycznej białoruskości, za którą schowano rzeczywisty stan spraw.

Oczywiście owa prowadzona w granicach woj. białostockiego animacja białoruskości, wymuszona niegdyś na władzach PRL przez rząd radziecki i ściśle kontrolowana przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, była swego rodzaju listkiem figowym dla przykrycia działań mających prowadzić do faktycznej asymilacji i uczynienia Polski Ludowej państwem jednolitym etnicznie. Stało się to szczególnie widoczne w latach 70., gdy z najwyższych trybun zaczęto otwarcie mówić o wszelkiej – także narodowej – jedności społeczeństwa. Polityka ta wspierana była oczywiście przez ogół społeczeństwa polskiego, odpowiednio zresztą ukierunkowywanego (żeby nie powiedzieć – szczutego) przez władze – pod pozorem walki z różnymi „burżuazyjnymi nacjonalizmami”, które rzekomo miały zagrażać grupom narodowym i etnicznym.

Dla prawosławnego ogółu tzw. Białostocczyzny było więc jasne, że nawet jeśli z racji swojej przynależności religijnej „można być Białorusinem”, to przede wszystkim „trzeba być Polakiem”. Stąd też deklaracja Robotnika udzielona badaczce z Warszawy (diabli przecież wiedzą, kto później będzie to czytać), że: Narodowości jestem białoruskiej, ale jestem Polakiem, bo w Polsce mieszkam cały czas, od dziada, pradziada. Z zawodowego obowiązku dodam tylko, że „dziad i pradziad” osoby urodzonej przed 1931 r. mieszkali nie w Polsce, a w Rosji.

Skoro tak jest – to tak trzeba…

Oczywiście wiele widocznych gołym okiem faktów świadczyło o tym, że większa część ludności przypisanej do „białoruskiej mniejszości narodowej” ma niewiele wspólnego z rzeczywistą białoruskością, np. język. Dostrzegali to i sami „Białorusini”, jak chociażby Mikołaj Patejuk, pochodzący z gm. Dubicze Cerkiewne, który we wstępie do części historycznej swojej „Legendy o Ziemi Podlaskiej” pisze: Od wielu dziesięcioleci wszyscy prawosławni mieszkańcy Białostocczyzny oficjalnie nazywani są Białorusinami. Również i mnie nazywano Białorusinem. Niekiedy dziwiłem się tylko, że gwara z mojej rodzinnej wsi nie ma nic wspólnego z językiem białoruskim.

Jednak to w pełni uzasadnione zdziwienie, mające merytoryczne oparcie w pracach językoznawców stwierdzających ukraiński charakter gwar pomiędzy Bielskiem i Hajnówką, musiało pozostać „do prywatnej wiadomości” każdego z wątpiących. Oficjalna wykładnia „władz partyjno-państwowych”, dążących do pełnej kontroli nad ciałami i umysłami swoich obywateli (może raczej – poddanych?) była bowiem jednoznaczna – są tu tylko Białorusini, którzy rozmawiają po białorusku. Próbą dostosowania się do takiej wykładni jest podrozdział Stosunki narodowe i etnograficzne w obszernej publikacji Województwo białostockie, wydanej w 1960 r. na zlecenie Wojewódzkiego Komitetu Frontu Jedności Narodu w Białymstoku.

Ponieważ „linia partii i rządu”, która przewidywała w tej części woj. białostockiego istnienie tylko jednej, białoruskiej, grupy narodowej, przeczyła oczywistym faktom, autor – pochodzący z prawosławnych bielszczan Andrzej Barwijuk – zastrzegał się: Różnice językowe wśród ludności białoruskiej są poważne. Język np. okolicznych wsi białoruskich wokół Gródka i Michałowa jest bardziej zbliżony do języka literackiego białoruskiego niż m.in. język ludności białoruskiej pow. siemiatyckiego. Dwa zdania dalej odważył się nawet na stwierdzenie: Język, jakim się posługuje ludność białoruska pow. siemiatyckiego, posiada wiele śladów wpływu języka ukraińskiego. Genezy takich właściwości językowych należy szukać niewątpliwie w historii osadnictwa tej ziemi. Również w zwyczajach i kulturze materialnej wyraźnie widoczna jest odmienność pomiędzy dwiema grupami etnicznymi: Stosunki etnograficzne białoruskiej mniejszości narodowej nie stanowią jednolitego obrazu. Obserwujemy bowiem poważne różnice w urządzeniach wnętrza domów mieszkalnych Białorusinów powiatów siemiatyckiego i sokólskiego. Różnice istnieją również w zwyczajach ludowych, np. przy zawieraniu małżeństw, przy pogrzebach itp.

Jednak nawet te, bardzo zresztą ostrożne stwierdzenia mogły narazić autora na gniew cenzorów i sekretarzy Komitetu Wojewódzkiego PZPR od spraw narodowościowych, więc zastrzegał się czym prędzej: Omawiane tu zjawiska nie są dostatecznie zbadane i zinwentaryzowane. Nie wolno bowiem budować sądu, opierając się jedynie na wrażeniach optycznych.

My, świadomi nazwy…

Ową „inwentaryzacją” zjawisk świadczących o rzeczywistej naturze „białoruskiej mniejszości narodowej” zajął się u schyłku lat 60. właśnie Włodzimierz Pawluczuk, który swoje ustalenia zawarł w rozprawie doktorskiej opublikowanej w 1972 roku (Światopogląd jednostki w warunkach rozpadu społeczności tradycyjnej). Urodzony w Rybołach, a więc pochodzący z tego samego co i A. Barwijuk „prawosławnego ludu”, W. Pawluczuk, mimo że miał w swojej biografii rolę dziennikarza „Niwy” i aktywisty BTSK, podszedł do sprawy bardziej szczerze i odważnie. Opierając się na swoich obserwacjach W. Pawluczuk stwierdził więc, że owa „białoruska mniejszość narodowa” nie ma charakteru współczesnej wspólnoty narodowej, lecz jest specyficzną grupą etniczną powstałą wskutek złączenia w jednej jednostce administracyjnej ludności etnograficznie białoruskiej i ukraińskiej, traktowanej przez władze jako jedna całość i ogólnie określanej jako Białorusini. O przypisaniu do tej grupy decydowały nie język i kultura, lecz przede wszystkim prawosławne wyznanie. Dlatego też W. Pawluczuk stwierdza: Świadomość białoruska na tym terenie jest więc jedynie świadomością nazwy. (…) Z określeniem „jestem Białorusinem”, tak jak i z określeniem „jestem ruski” lub „jestem tutejszy”, nie wiąże się tu najczęściej poczucie związku z ponadlokalnymi wartościami białoruskimi, z białoruską narodową kulturą lub językiem. Białoruski język literacki jest w poczuciu mieszkańców tych wsi językiem obcym, „nie tutejszym” w równym stopniu, jak język polski lub rosyjski. Dotyczy to zwłaszcza okolic dialektycznie północnoukraińskich, ale również na terenach etnograficznie białoruskich podkreśla się usilnie wszelkiego rodzaju odrębności miejscowej gwary od białoruskiego języka literackiego. Określenie „białoruski” w tym wypadku jest nazwą własnej grupy etnicznej, a nie własnego narodu, i związane z tym określeniem wartości są całkiem inne od wartości narodowych. Ciekawe jednak, że nazwa „białoruski” poszerzyła się na całą grupę etniczną, ogarniając tereny etnograficznie północnoukraińskie, czy też, według innej terminologii, zachodniopoleskie aż po Bug a nawet dalej.

Dla owego poczucia „swojskości”, świadomości kulturowej czy nawet psychicznej odmienności od grup sąsiednich nieistotne są faktyczne różnice i podziały kulturowe wewnątrz samej grupy etnicznej. Grupa etniczna „ruskich” na terenach etnograficznych białoruskich zajmuje w powiatach dąbrowskim i sokólskim drobny skrawek przygraniczny, poszerza się znacznie w powiecie białostockim, natomiast w powiatach bielsko-podlaskim, hajnowskim i siemiatyckim, a więc w powiatach pod względem etnograficznym już raczej północnoukraińskich jest ona bliska zasięgowi elementu etnograficznie wschodniosłowiańskiego. Tak właśnie ukształtowaną grupę etniczną ma się zazwyczaj na myśli, mówiąc o Białorusinach na Białostocczyźnie. (…)

Jeśli chodzi o stosunek tej ludności do różnego rodzaju ideologii narodowych czy nacjonalistycznych, do deklarowanej w danym okresie przynależności narodowej, to jest to stosunek charakterystyczny właśnie dla grup etnicznych. (…) Deklarowana przynależność narodowa może tu zmieniać się w zależności od konstelacji politycznych. I nie jest to wynikiem jakiegoś, jak by się mogło zdawać, „cynizmu” w tej kwestii. Po prostu nie widzi się tu żadnego problemu. Wrodzona, niezmienna pozostaje jedynie przynależność do grupy etnicznej, do owej „ruskości”, „prawosławności”, „tutejszości” czy – według nowej terminologii – „białoruskości”.

Po przeczytaniu tych, niewątpliwie słusznych tez W. Pawluczuka, nasuwa się myśl, że prosto i po-naszomu można by je streścić stwierdzeniem, że do kwestii narodowej nazwy podlaski lud podszedł wg przysłowia: Nazywaj chocz by j horczkom – aby w ohoń ne kław! Było nie było, to właśnie pod nazwą Białorusów prawosławni znad Bugu i Narwi zostali po 1944 r. przyjęci do socjalistycznego społeczeństwa, otrzymując możliwość oświaty i awansu społecznego (przed 1939 r. byli w znacznym stopniu dyskryminowani przez państwo – o czym zresztą oficjalna propaganda przy każdej okazji przypominała). Więc skoro tak jest – to musit tak treba

Sam W. Pawluczuk zresztą niedaleko odszedł od tego schematu, gdyż w 2000 r., w rozmowie z ukraińskim dziennikarzem podlaskim Jerzym Misiejukiem (zapis zachował się w archiwum Redakcji „NBiN”), stwierdził: Te sprawy przestały mnie interesować. Ja je zamknąłem. Książkę napisałem przed wszystkim dla siebie, żeby wyjaśnić swoją tożsamość. Można więc wnioskować, że nasz socjolog i pisarz w jednej osobie również zadowolił się poczuciem przynależności do opisanej przez siebie grupy etnicznej i w żaden sposób nie skusiła go perspektywa stania się głosicielem wśród swoich podlaskich ziomków nowych, rzeczywiście narodowych idei.

Chyba też nie bardzo spodziewał się, że takowi wkrótce się pojawią. W każdym razie zapytany przez J. Misiejuka, czy przewidywał wówczas, że w pewnym momencie historii pojawi się na Podlasiu ukraińska świadomość narodowa i związany z nią ruch społeczny, przyznał: Nie przewidywałem. Wtedy nie było tego w krajobrazie społecznym. Nie było ani żadnych faktów, ani przesłanek, ani intencji nawet, żeby to sobie wyobrazić. Z nakazu, a może przeznaczenia dziejów, wszystkich prawosławnych mieszkańców Białostocczyzny zaliczało się, czy też określało jako Białorusinów. Pisałem zresztą, że jest to świadomość bardzo powierzchowna, w zasadzie żadna świadomość typu narodowościowego czy narodowego. Określiłem to jako świadomość nazwy. U starszych mieszkańców Białostocczyzny tą nazwą, tą tożsamością było określenie siebie prawosławnym, czasem Ruskim. Potem młodzież zaczęła przyjmować nazwę Białorusin, powiedziałbym bardziej elegancką, uważaną za bardziej nowoczesną i mądrą. Nie było to jednak związane z żadnymi imponderabiliami i z żadnymi treściami narodowościowymi. Była to typowa świadomość etniczna, która by trwała jeszcze powiedzmy do końca mojego życia, a może i dłużej, gdyby nie uwarunkowania polityczne, które się zmieniły. Nie zauważyłem wówczas procesów, które zmieniały stan spraw i kształtowały już stricte świadomość narodowościową.

…gramy rolę nauczycieli ojczystego języka….

Nie zmienia to jednak faktu, że po członkach tej grupy polskie władze i przychylne mniejszościom narodowym środowiska intelektualne spodziewały się, i spodziewają się nadal, zachowań właśnie stricte narodowych. Takie zachowania więc były i są imitowane – z mniejszym lub większym skutkiem. Chyba więc się zbytnio nie pomylę, gdy powiem, że przed ponad półwieczem ufundowany został swego rodzaju teatr narodowy, w którym odgrywane są role białoruskich nauczycieli, białoruskich działaczy, twórców kultury itd. (chociaż, jak pokazały wyniki ostatniego spisu powszechnego, zdecydowana większość gra już w sztuce „jesteśmy Polakami”).

Jedni „aktorzy” grają w nim z pewnym zaangażowaniem, inni po prostu odwalają rolę, jak np. pochodzący z ukraińskojęzycznych miejscowości nauczyciele języka białoruskiego. Za recenzję ich gry może posłużyć felieton Naszy „wuczycieli”, w którym na łamach „Niwy” (nr 10/1993) publicysta podpisany „B. S-ki”, ubolewał nad brakiem zainteresowania „białoruskiej” młodzieży nauką „ojczystego” języka: A ja pytam – od kogo i gdzie młodzież ma brać dobry przykład szacunku do słowa ojczystego? U nauczycieli? Ależ oni niemal wszyscy mówią dialektem swoich wsi. […] Nasi „wuczycieli” nie są zainteresowani także tym, aby ich wychowankowie piękno języka białoruskiego poznawali z książek – bo i sami, oprócz starych podręczników, niczego od dwudziestu pięciu lat nie przeczytali i czytać książek … nie będą: „A naszczo wony! U nas w chaty bat’ki inaksz howorat, czym tyji ksionżki”. Swój felieton B. S-ki zakończył zapytaniem: A może język białoruski nie jego, nie ich – naszych „wuczycielau”? Jak widać z wyraźnie ukraińskiego języka, którym zacytowano typową wypowiedź wuczyciela, pytanie jest jak najbardziej na miejscu i trudno na nie odpowiedzieć inaczej niż twierdząco.

To było dość ogólne ujęcie, więc przejdźmy do szczegółów. Oto w 2000 r. pismo „Polis” (nr 3-4) opublikowało materiał pod znamiennym tytułem Białoruskość tylko w nazwie. Jest to zapis rozmowy z uczniem II LO z Białoruskim Językiem Nauczania w Bielsku Podlaskim Michałem Stepaniukiem, który spodziewał się, że trafi do szkoły w jakiś sposób pasującej do jej szyldu. Ale się zawiódł: Przychodząc do szkoły wyobrażałem sobie nazbyt wiele: język białoruski na każdym kroku, atmosfera. Rzeczywistość okazała się mniej różowa. Choć wielu uczniów startuje w olimpiadzie z języka białoruskiego, w żaden sposób nie przyczynia się to do poszerzenia ich świadomości narodowej. Nawet gazetka szkolna jest wydawana w języku polskim, ale gdyby była po białorusku, niewielu z uczniów chciałoby ją redagować i czytać. Trudno, żeby było inaczej, skoro i tu nauczyciele jedynie odgrywają swoją „białoruską rolę”: Nauczyciele w mojej szkole nie potrafią zachęcić uczniów do nauki języka białoruskiego. Czasem wręcz ich zniechęcają. Musimy uczyć się dwunastu zwrotek wierszyka, „wkuwać” nudną gramatykę. (…) Są ludzie, którzy swoim podejściem do życia zachęcają do nauki, a nauczyciele w mojej szkole to w wielu przypadkach służbiści. Zero poświęcenia, dodatkowego czasu dla uczniów, rozmowy po białorusku tylko przed kamerą telewizyjną, sponsorami, władzami. „Białoruskość” to tylko afisz.

No bo i jakiż teatr może obywać się bez afisza? A na scenie? Na scenie jedni udają, że uczą, a drudzy udają, że się uczą: Tak, uczniowie kompletnie nie interesują się „białoruskością”. (…) Białoruskiego mamy cztery godziny tygodniowo. Jest on traktowany przez uczniów jak zwykły język obcy. Dochodzi do tego, że część absolwentów tego liceum nie umie swobodnie porozumieć się po białorusku.

Ale i tak wszyscy maturę z języka białoruskiego bez większych problemów zdają…

…a my poprawiamy sobie średnią!

Owe teatralne zachowania udzielają się także młodzieży w innych ukraińskojęzycznych miejscowościach, gdzie w szkołach uczy się języka białoruskiego jako ojczystego. Przykładem może być gimnazjum w Czyżach, o którym wspomniałem w swoim artykule („NBiN”, nr 2/2004). Oskarżyłem w nim tamtejszą młodzież, że naiwnie wierzy, że język białoruski jest ich językiem ojczystym. Okazało się jednak, że więcej racji ma Jerzy Wolski, który w tym samym numerze napisał o naszej młodzieży: Uczy się ją w tych szkołach języka białoruskiego, indoktrynując, iż jest to ich „prawdziwy, narodowy” język, ale młodzież nie jest w tym względzie „ciemniakami”, gdyż w większości wie o całym procederze. Że o tym procederze wie i wykorzystuje go we własnych celach, świadczy korespondencja elektroniczna z uczennicą szkoły w Czyżach nawiązana po ukazaniu się wspomnianego numeru naszego pisma.

W pierwszym liście nasza korespondentka stwierdza: Język białoruski nie jest przedmiotem obowiązkowym, uczęszczanie na lekcje jest dobrowolne. I nikt nikomu nie wmawia, że język białoruski jest naszym językiem ojczystym!!! Uczymy się go jako języka obcego, a to chyba spora różnica. Zdziwiło nas to, więc w odpowiedzi zaznaczyliśmy, że zgodnie z naszą wiedzą język białoruski w chwili obecnej rzeczywiście jest nauczany na zasadzie dobrowolności, ale zgodnie z przepisami ministerialnymi jego lekcje finansuje się z funduszy państwowych z tej racji, że dla uczących się dzieci jest to język ojczysty. A oto co odpowiedziała nasza nowa znajoma: Pisząc w moim poprzednim liście, że język białoruski jest nauczany w gimnazjum w Czyżach jako język obcy miałam na myśli stosunek nauczycieli i uczniów do tego przedmiotu, a nie to, z jakich funduszy finansowane jest jego nauczanie. Nauczyciele i uczniowie traktują ten przedmiot jak coś nadobowiązkowego i nikt nam nie wmawia, że jest to nasz język ojczysty i dlatego powinniśmy się go uczyć. Większość uczniów uczęszcza na lekcje, żeby np. podwyższyć sobie średnią z ocen na świadectwie, a nie dlatego, że uważają język białoruski za swój język ojczysty. I to, z jakich pieniędzy finansowane jest jego nauczanie, ma naprawdę niewielkie znaczenie.

A więc mamy tu do czynienia z jednym z aktów tytułowej sztuki życia w nieprawdziwym świecie – odgrywanym na szkolnej „podscenie” podlaskiego teatru narodowego. Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu poprzez Kuratorium Podlaskie w Białymstoku finansuje nauczanie języka białoruskiego, bo urzędnicy są przekonani, że dla tutejszej młodzieży jest to język ojczysty. Zresztą nawet jeśli w to nie wierzą, to i tak nie bardzo mają pole do manewru, skoro zgodnie z wynikami ostatniego spisu powszechnego ponad 80% mieszkańców gminy Czyże miało zadeklarować narodowość białoruską. Na drugim końcu tego łańcucha są dzieci, które chcą sobie podnieść średnią i dzięki dodatkowym punktom za naukę języka białoruskiego poprawić perspektywy dostania się do uważanych za zapewniające wysoki poziom nauczania „białoruskich” liceów w Hajnówce lub Bielsku. Pośrodku zaś mamy nauczycieli, którzy kiedyś wpadli w pułapkę zapotrzebowania na nauczycieli języka białoruskiego (najbardziej masowo uczonego w latach 60.) i obrali sobie filologię białoruską za przedmiot studiów. Teraz starają się, aby swoich uczniów w żaden sposób nie zniechęcić, więc stawiane przez nich oceny są rzeczywiście dobrym sposobem na podniesienie średniej.

Tak więc kilkunastoletni gimnazjaliści z Czyż wykazują się już praktycznym zmysłem i umiejętnością znajdowania dla siebie korzyści w otaczającym ich świecie narodowej iluzji i mistyfikacji. Chyba więc czyżowscy pedagodzy powinni się cieszyć – bo przecież szkoła powinna nie tylko uczyć, ale i wychowywać!

Cdn.

Jerzy HAWRYLUK

“Над Бугом і Нарвою”, 2004, № 4, стор. 35-42.

Залишити відповідь

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься.