КУЛЬТУРА,  Наші статті

Писане у 2015 році – актуальне й сьогодні. Pisane w 2015 roku – aktualne nadal

Bo fakty wskazują na to, że największe dwudziestowieczne nieszczęścia podlaskiego ludu prawosławnego, jakim by on językiem nie mówił, były z reguły pokłosiem wydarzeń i sytuacji wywoływanych działaniami „włast’ imuszczych” w Petersburgu lub Moskwie. (…) Otoczenie tworzące polityczne i społeczno-prawne ramy naszego życia powoli zmienia się na lepsze. Ale ze swoimi wewnętrznymi bolączkami, przesądami i archaiczną mitologią, powodującymi, że jako zbiorowość nie bardzo umiemy określić swoje miejsce w tym świecie, a niektórzy widzą go nawet w krzywym zwierciadle, musimy poradzić już sami.

Od literackich i muzycznych rocznic do politycznej przyszłości

Żyjemy, stale patrząc na kalendarz, a właściwie na dwa – na „urzędowy” i „cerkiewny”, albo „polski” i „nasz”, przez co Nowy Rok zaczyna się dla nas dwa razy, więc gdy się zapomniało o życzeniach przed gregoriańskim „Sylwestrem”, to ma się prawie dwa tygodnie, żeby poprawić się, zanim przyjdzie juliańska „Melania/Małanka”. Na lata 2014-2015 przypadło też podwójne 200-lecie, bo prawie dokładnie w rok po Tarasie Szewczence (9 marca 1814 r.) urodził się kompozytor i autor muzyki ukraińskiego hymnu narodowego Mychajło Werbycki (4 marca 1815 r.). Przyszedł on na świat w Jaworniku Ruskim, który wówczas należał do cyrkułu sanockiego Królestwa Galicji, obecnie zaś należy do powiatu przemyskiego w województwie podkarpackim, a więc dla społeczności ukraińskiej w Polsce jest to rocznica szczególnie znacząca. Zresztą nie ostatnia, bo 29 września 2016 roku będziemy świętować 150-lecie urodzin Mychajła Hruszewskiego, urodzonego w Chełmie.

Panteon nad mogiłą o. Mychajła Werbyckiego w Młynach koło Jarosławia nad Sanem. Właśnie tutaj kompozytor stworzył muzykę do ukraińskiego hymnu narodowego (autorem słów „Szcze ne wmerła Ukrajiny i sława, i wola…” był Pawło Czubynskyj, który urodził się pod Kijowem, na terenie gdzie obecnie trwają walki z rosyjskim najeźdźcą).

W numerach z 2014 r. prezentowaliśmy utwory Szewczenki z tłumaczeniem Petra Kuprysia, pochodzącego z południowopodlaskich Kostomłotów nad Bugiem (gm. Kodeń). Była to oczywiście niewielka część „Kobzarja”, który także w wariancie jednojęzycznym jest opasłą księgą, ale zainteresowani dalszą lekturą mogą sięgnąć po któreś z lubelskich wydań łączących tekst oryginalny z tłumaczeniem P. Kuprysia, a więc pełny „Кобзар.Kobziarz” (2012) lub wybór „Лірика.Liryka” (2013). Teksty oryginalne są dostępne w Internecie; tam też, przede wszystkim na allegro.pl, można znaleźć egzemplarze starszych wydań z przekładami utworów Szewczenki (również jego opowiadania).

9 marca 2015 r. będzie obchodzona już 201. rocznica urodzin poety, aby więc zakończyć jubileuszowy rok publikujemy pierwszy z wierszy napisanego w grudniu 1845 roku cyklu „Psalmy Dawidowe”, w którym Szewczenko przedstawił własne wersje 10 psalmów biblijnych, uznane przez niego za szczególnie aktualne. Powstały około 2,5 tys. lat temu Psalm 1 jest na tyle uniwersalny i jednoznaczny w każdej epoce, że jego wersja pozostaje bliska oryginałowi. Zwłaszcza w porównaniu z wierszem Iwana Franki, który cykl „Na stari temy” otwiera wierszem będącym jakby zaprzeczeniem Szewczenkowego „Błażem muż na łukawu ne wstupaje radu”:

Błażen muż, szczo jde na sud neprawych

I tam za prawdu hołos swij pidnosyt’,

Szczo bezturbotno w sonmyszczach łukawych

Zacipliji sumlinnia jim termosyt’.

Błażennyj muż, szczo w chwylach zanepadu,

Koły zahłuchne j najczutkisza sowist’,

Chocz dykym krykom zbudżuje hromadu,

I prawdu j szczyrist’ widkrywa, jak sowist’.

Błażennyj muż, szczo sered gwałtu j huku

Stojit’ jak dub posered bur i hromu,

Na zhodu z pidlistiu ne prostiahaje ruku,

Wołyt’ złamatysia, niż pokłonyt’sia złomu.

Ale jest to nie zaprzeczenie, raczej rozszerzenie katalogu zadań prawego męża, tym bardziej że w jego portrecie namalowanym przez Frankę można dostrzec właśnie Szewczenkę.

W 2016 roku przypada właśnie smutna setna rocznica przedwczesnej śmierci Iwana Franki, który nie dożył nawet 60. urodzin. Także lata 2014-2015 to nie tylko „-setlecia” urodzin poetów i kompozytorów, ale też stulecie początku I wojny światowej i tzw. bieżeństwa – ewakuacji na wschód, którą z wykorzystaniem zarówno propagandy, jak i przymusu przeprowadziły w lecie 1915 r. wojska rosyjskie, wycofujące się pod naporem armii niemieckich i austro-węgierskich. Dotknęła ona częściowo też ludność polską, ale główną jej ofiarą padli prawosławni Ukraińcy i Białorusini z Chełmszczyzny, Podlasia oraz zachodnich części Wołynia, Polesia i obecnej Białorusi. Na początku katastrofalne skutki tej rosyjskiej operacji nie były aż tak dokuczliwe, przynajmniej dla części bieżeńców, bo wiele rodzin trafiło do tzw. guberni czarnoziemnych, gdzie jak wspomina się w budeń ji’eli lepi niż u nas na swjato, a w związku z mobilizacją mężczyzn do armii nie było raczej problemów z pracą, bieżeńców wspierały też różne organizacje społeczne (także z udziałem członków rodziny carskiej). Ale potem przyszło gospodarcze i polityczne załamanie, rewolucja, przewrót bolszewicki, z nim zaś terror i głód, a na tych, którym udało się powrócić w rodzinne strony, czekały zarośnięte ugory oraz zniszczone domy i zagrody (część spalona przez wojsko w 1915 r., inne rozszabrowane).

Poświęcony bieżeńcom głaz koło cerkwi p.w. Swjatoho Archanheła Michajiła we wsi Trostianka (Trześcianka), z napisem imitującym lokalny wariant języka ukraińskiego (wg zasad ukraińskiej ortoepii, ale alfabetem białoruskim i z wtrąceniem rusycyzmu „hod”): „W pamet’ tryśtianam bieżenciam 1915-1922. Potomki. Tryśtianka 21.XI.2013 h[oda].”

Teraz historia się powtarza – na naszych oczach miliony ludzi ponownie padły ofiarą politycznych „osiągnięć” kierownictwa rosyjskiego, budowanych na fundamencie łączącym przemoc i kłamstwo, które mieszkańców Donbasu – tak samo jak naszych pradziadów – skazało na wojnę, a więc ruinę i poniewierkę, w skrajnych przypadkach zaś utratę życia lub zdrowia. A więc – „mówiąc kolokwialnie” – nie tylko, że sami u siebie nie umieją żyć po ludzku, to jeszcze co rusz zawadzają w tym innym…

Kłóci się to z wyidealizowanym obrazem Rosji (czy „Rosji-ZSRR”), bliskim zwłaszcza osobom budującym swoją tożsamość na formule aby ne Polak (głównie w znaczeniu „nie rzymski katolik”), łączonej najczęściej z wiarą w mit o Moskwie jako czymś w rodzaju globalnego centrum oraz ostoi prawosławia, a także ruskości ze słowiańskością, gdzie wszystko jest piękne i wspaniałe, „a gdy nawet coś nie wychodzi, to na pewno nie z naszej winy” (był on zaszczepiany zarówno w czasach przynależności Podlasia do Imperium Rosyjskiego, jak i w okresie powojennym, gdy tzw. Polska Ludowa była szeroko otwarta na radziecką propagandę, bazującą m.in. na schemacie Ruś Kijowska = Państwo Moskiewskie = Imperium Rosyjskie = ZSRR). Jednak zrozumiałe z czysto ludzkiego punktu widzenia pragnienie znalezienia duchowego oparcia w jakimś „jedynowierczym”, a przy tym „wielkim” państwie, w żaden sposób nie zwalnia od realizmu i trzeźwej oceny zarówno przeszłości, jak i teraźniejszości. A fakty wskazują na to, że największe dwudziestowieczne nieszczęścia podlaskiego ludu prawosławnego, jakim by on językiem nie mówił, były z reguły pokłosiem wydarzeń i sytuacji wywoływanych działaniami „włast’ imuszczych” w Petersburgu lub Moskwie. To przede wszystkim wspomniane już szaleństwo „bieżenstwa”, które przyniosło niemało ofiar nie tylko po wybuchu wojny wywołanej przewrotem bolszewickim, ale też w czasie samej ewakuacji na wschód, przeprowadzanej w sposób chaotyczny, bez zapewnienia opieki medycznej i zaopatrzenia. Nie można też pominąć okresu II wojny światowej i powojennego „utrwalania władzy ludowej”, połączonego z „repatriacją” do ZSRR, chociaż bezpośrednie represje w stosunku do naszej społeczności, prawie że „bezklasowej” i pozostającej na dalekich obrzeżach ruchów narodowych, a więc z minimalnym odsetkiem potencjalnych „wrogów ludu”, były ograniczone i nieporównywalne z tymi, które spotykały Polaków czy Ukraińców w regionach o silnie zaznaczonej świadomości narodowej (oczywiście nieporównywalne statystycznie, bo w wymiarze jednostkowym ból i cierpienie są zawsze takie same). Czarne żniwo zebrała też bolszewicka propaganda, oparta na bladze o sprawiedliwej i pełnej obfitości „światowej ojczyźnie proletariatu”, za pomocą której w okresie międzywojennym werbowano do działalności w podziemiu komunistycznym, w latach 1939-1941 do pracy za głodową zapłatę w radzieckim przemyśle, głównie w kopalniach (także na Donbasie – jeden z członków naszej rodziny, uciekając stamtąd, stracił zdrowie i zmarł niedługo po powrocie do domu). Już po wojnie tak samo kłamliwie agitowano do wyjazdu „za linię Curzona”, gdzie zamiast obiecywanej ziemi i dostatku na oszukanych czekał los kołchoźników, mało czym różniący się od pańszczyźnianej niewoli przed stuleciem (wymowne jest, że do 1974 roku kołchoźnikom nie wydawano paszportów wewnętrznych, bez których nie było możliwe legalne opuszczenie miejsca zamieszkania). Tę listę można zresztą uzupełniać, bo na przykład gdyby nie instrumentalne traktowanie prawosławia przez carską administrację, a później instalowanie przez Stalina „demokratycznej władzy”, którą trzeba było „utrwalać”, nie byłoby mordu w Zaleszanach i wielu innych ofiar (prowadzenie w latach 1944-1946 akcji przesiedleńczej otworzyło przecież pole do zastraszania i aktów terroru mających ponaglić do wyjazdu). Zresztą i w rozpętaniu II wojny światowej stalinowski ZSRR miał swój bezpośredni udział, zaś największa zbrodnia hitlerowska, która nas dotknęła – rytualna pacyfikacja Rajska (oprócz rozstrzelania gospodarza każdego domu zniszczono wszystko, co świadczyłoby o istnieniu w tym miejscu wsi), była następstwem prowokacyjnego działania sowieckich partyzantów, nie mającego związku z niszczeniem niemieckiego potencjału wojskowego. To oczywiście w niczym nie umniejsza winy SS-Oberführera Fromma czy kpt. „Burego” i ich podkomendnych, ani też nie zmienia charakteru cierpienia ofiar. Jednak dla historycznej oceny przyczyn i skutków każdego wydarzenia należy wskazać też współodpowiedzialnych za powstanie sytuacji, w której zbrodnicze działanie bezpośrednich sprawców i wykonawców wydaje się dla nich uzasadnione i sensowne.

Można zachwycać się walorami dzieł Gogola, Dostojewskiego, Czechowa, Tołstoja, Czajkowskiego (notabene w większości, poza Tołstojem, Małorosjan-Ukraińców z pochodzenia) lub innych twórców należących do kanonu kultury rosyjskiej, których dzieła znalazły szerokie uznanie, czy pozostawać w przyjaznych stosunkach z Rosjanami, jeśli tacy są w naszym otoczeniu i na to zasługują. Natomiast pobieżna nawet znajomość historii podpowiada jak najdalej posunięty sceptycyzm i dystans w stosunku do państwa ze stolicą w Moskwie lub Petersburgu i tworzonych przez nie ideologicznych i propagandowych otoczek. Zwłaszcza tych, w których na wszelkie sposoby odmieniane są pojęcia-hasła „Ruś”, „prawosławie”, „słowiańskie braterstwo”, „obrona pokrzywdzonych”, albowiem już od wieków są one używane czysto instrumentalnie – jako forma manipulacji mająca skłaniać społeczeństwo do udzielania bezwarunkowego poparcia dla władzy i do uzasadniania agresji wobec sąsiadów.

Pozostając w kręgu rocznic można przyjąć, że przykładem takiego, nie tylko dystansu, ale też aktywnego i skutecznego sprzeciwu, była postawa wołyńskiego księcia Konstantyna Ostrogskiego („starszego” – ojca fundatora Akademii Ostrogskiej i wydawcy pierwszej pełnej Biblii w języku cerkiewnosłowiańskim). 8 września 1514 roku (a więc w święto Preczystoji Bohorodyci – obwiązywał wtedy powszechnie kalendarz juliański), dowodząc wojskami Wielkiego Księstwa Litewskiego i Ruskiego oraz posiłkami z Korony Królestwa Polskiego (z pewnością byli w ich szeregach żołnierze z tzw. Rusi Czerwonej), Ostrogski rozgromił pod Orszą armię moskiewskiego gosudara-samodierżytiela Wasilija Iwanowicza, podającego się też za sobiratiela ziem ruskich. (Rocznica 500-lecia tego wydarzenia, w kontekście obecnej kremlowskiej „wojny hybrydowej” na Donbasie jak najbardziej aktualna, przeminęła po cichu – z prasy podlaskiej przypomniał o niej „Tygodnik Podlaski”).

Pomnik książąt Ostrogskich w Ostrogu na Wołyniu, z symbolicznymi przedstawieniami należących do rodu rycerzy i dowódców, duchownych i mecenatów.

Bitwa pod Orszą rozegrała się u schyłku średniowiecza i od tego czasu świat zmienił się diametralnie. Chociaż oczywiście daleki jest od doskonałości, bo ludzkie przywary, skłaniające do działań podłych i łamania zasad, pozostały takie same. Najmniej zmieniło się państwo następców Wasilija III, bo niezależnie od tego, pod jaką nazwą występuje w jego życiu społeczno-politycznym widzimy tę samą tendencję „powrotu do średniowiecza” – z samowolą władzy, uparcie dążącej do „samodzierżawia” i ubezwłasnowolnionym społeczeństwem, ogłupianym przez nią propagandową kaszą ze skwarkami mistyczno-mesjanistycznych frazesów. Chyba, że ktoś uparcie chce wierzyć w ideowe miraże – ten będzie usatysfakcjonowany, bo w ich produkowaniu nie tylko stalinowscy, ale i putinowscy „politrucy” to rzeczywiście specjaliści wybitni i bezkonkurencyjni. Ale kłamstwo jako integralny element funkcjonowania państwa, nawet najbardziej finezyjne i skuteczne, to prawdziwa klęska narodowa, przy tym podwójna. Bo zarówno klęska władzy, która nie może sama siebie uzasadnić czymś prawdziwym, godnym i szlachetnym, jak i klęska społeczeństwa – jeśli jego większość przyjmuje to kłamstwo za dobrą monetę. Bo posiłkując się kłamstwem, można wygrać bitwę, może nawet wojnę, ale zawsze – przegra się historię. (Zresztą, dla każdego racjonalnie myślącego człowieka próba oszukania go przy pomocy kłamliwej ideologii i spreparowanej informacji będzie obrazą i świadectwem pogardy wobec niego).

Taki właśnie come back, wzorowany na kremlowskim „projekcie konserwatywnym”, głoszącym, że odbudowująca autorytaryzm Rosja jest czymś wyjątkowym i oczywiście lepszym od demokratycznego Zachodu, chciano zafundować ludziom, których umyślono nazywać „ludem Ukrainy”. Lecz ci, niezależnie zresztą od języka i etnicznych korzeni, okazali się w większości narodem ukraińskim, bardziej zainteresowanym swoimi prawami obywatelskimi i upatrującym ich gwarancji w Unii Europejskiej, niż wierzącym w mityczny i mistyczny „Russkij mir” z ideologiczną stolicą w Moskwie. Stąd brak u nich zrozumienia dla boleści Władimira P. z powodu geopolitycznej katastrofy rozpadu ZSRR, a więc też i dla inicjowanych przez niego coraz to nowych projektów reintegracyjnych. Tym bardziej że proputinowska ekipa z Janukowiczem na czele, która doszła do władzy dzięki swemu „żelaznemu” elektoratowi w Donbasie, była już nie tylko oligarchiczna, ale po prostu gangsterska i kradnąca w sposób praktycznie jawny. Więc zgodnie z ludową mądrością, że do trzech razy sztuka – po studenckiej „rewolucji na granicie” jesienią 1990 r. i po „pomarańczowej rewolucji” jesienią 2004 r. – w listopadzie 2013 r. Ukraińcy-obywatele znowu wyszli na kijowski Majdan, żeby im nie ukradziono ich ostatniej nadziei – przyszłości…

To znowu przypomina, że żyjemy stale patrząc na kalendarz. Pokazuje on, że od momentu, kiedy w państwach carów i kajzerów rodziło się pokolenie budujące podstawy pod nadanie obszarowi „gdzie żyją tacy sami chłopi, jak na dawnej kozackiej Ukrainie nad Dnieprem” (M. Drahomanow) formy państwa ukraińskiego, minęły już dwa stulecia. Jego społeczeństwo zmaga się dzisiaj ze spuścizną okresu imperialnego („carskiego”), sowieckiego i postsowieckiego, a więc z jednej strony „wrogami wewnętrznymi” – przede wszystkim niewydolnością skorumpowanego aparatu państwowego i wymiaru sprawiedliwości, po 1991 roku będącą główną przyczyną (a jednocześnie skutkiem) zawłaszczenia gospodarki przez grupy skupione wokół tzw. oligarchów, wywodzące się przede wszystkim z „bezideowych komunistów”, z drugiej zaś realnym wrogiem zewnętrznym – ze zbrojną agresją rosyjską, kamuflowaną jako „prorosyjski separatyzm”.

Grunt pod to wśród mieszkańców obwodu donieckiego i łuhańskiego, zwłaszcza w rejonach przemysłowych, rzeczywiście istniał, albowiem przytłaczająca większość z nich uważała Majdan nie za obywatelski protest przeciwko korupcji i samowoli władzy, a za zagrożenie, rodzące chęć ucieczki pod skrzydła kolejnego „silnego opiekuna”. Według badań socjologów, opublikowanych w kwietniu 2014 r., ok. 65% badanych w skali obu obwodów przychylało się do opinii, że w Kijowie nastąpił zbrojny przewrót, zorganizowany przez opozycję i Zachód, była też liczna grupa osób, nadal uważająca W. Janukowicza za prezydenta i pragnąca przyłączenia się do Rosji. Jednak dla każdego, kto na bieżąco śledził rozwój wydarzeń od jesieni 2013 roku, porównując przy tym ich obraz w mediach ukraińskich i rosyjskich (konfrontacja z polskimi i zachodnimi też nie zawadza), jest jasne, kto stał za rozniecaniem panicznego lęku – najpierw przed Majdanem, później rządem powstałym po ucieczce „donieckiego” prezydenta, w ślad za czym w lutym – marcu 2014 r. pojawili się z Rosji „putinowscy turyści”, a w kwietniu uzbrojone grupy dywersyjne. (Kto nie interesował się wydarzeniami na bieżąco, może zacząć od hasła „Konflikt na wschodniej Ukrainie” w polskojęzycznej wersji Wikipedii lub bardziej szczegółowego i rozbudowanego „Війна на сході України” w wersji ukraińskiej). Gdyby więc nie usłużny „bratni” sąsiad z benzyną i zapałkami (fakt, że znaleźli się miejscowi pomocnicy niewiele tu zmienia), skończyłoby się na strachu. W nowym składzie Rady Najwyższej byłaby też o wiele liczniejsza reprezentacja Bloku Opozycyjnego, którego najwierniejszy elektorat został wyłączony z gry na skutek grabieży Krymu i urządzeniu na Donbasie „DNR-u z ŁNR-em” (w maju 2014 r. umożliwiło to wybór prezydenta już w pierwszej turze).

Wizerunek Swjatoho Archanheła Mychajiła na dzwonie koło cerkwi pw. Swjatoho Archanheła Mychajiła w osadzie Wuorla (Orla), odlany w 1936 r. w Kałuszu z inicjatywy ówczesnego proboszcza, o. Wołodomyra Wysznewśkoho (byłego uczestnika Walk Wyzwoleńczych).

Zbiorowe lęki w sytuacjach przełomowych to właściwie nic osobliwego. Także na Podlasiu w latach 80. krążyły „ostrzeżenia”, że gdy do władzy w Polsce dojdzie „Solidarność”, na pewno wyrżnie prawosławnych, a po kradzieży w 1990 roku granatów z jednostki wojskowej w Nurcu od razu pojawiła się pogłoska, że zostaną one użyte do zamachu podczas nabożeństwa w cerkwi na Grabarce (trafiła ona nawet na łamy białostockiej prasy, która zapytywała „Gdzie wybuchną skradzione granaty?”). Te „strachy o Lachach”, z którymi osobiście spotkałem się wiosną 1989 roku podczas przedwyborczego zbierania podpisów, były w jakiejś mierze pogłosem realnych wydarzeń z lat powojennych, gdy mieszkańcy wsi zamieszkanych przez prawosławną ludność ukraińsko– i białoruskojęzyczną, zwłaszcza tych położonych najdalej na zachód, padali ofiarą zarówno zwyczajnego bandytyzmu z etnicznym posmakiem, jak i „ponaglania ruskich” przez zbrojne podziemie do wyjazdu do ZSRR. Ale gdy w Polsce dokonywała się zmiana ustroju, sytuacja pozostawała stabilna i nie było siły, która „zagospodarowałaby” te obawy, próbując rozdmuchać je w zarzewie krwawej tragedii. Chociaż więc hasło obrony prawosławnych rzeczywiście się pojawiało, to wyłącznie jako całkowicie pokojowa obietnica wyborcza kandydatów do parlamentu.

Ćwierć stulecia później był nie tylko podmiot zainteresowany krwawym pasożytowaniem na lękach części mieszkańców Ukrainy, ale też dobrze uzbrojony w jawne i niejawne narzędzia do takiego działania. I konkretny cel – przez dezinformację, dywersję i przykład Krymu, który wg kremlowskich propagandzistów „powrócił do ojczystej przystani”, doprowadzić do rewolty ludności rosyjskiej i rosyjskojęzycznej skierowanej przeciw nowym władzom w Kijowie. A więc zainicjować swego rodzaju efekt domina, obejmujący coraz to nowe obwody w południowo-wschodniej części Ukrainy i niweczący polityczne skutki Majdanu. Okazało się jednak, że w ciągu ostatniego stulecia (zajęcie w sierpniu – wrześniu 1914 r. Galicji przez wojska rosyjskie było radośnie witane przez niemałą rzeszę miejscowych „moskalofilów”), a zwłaszcza w okresie niezależności Ukrainy, efekt domina działał w kierunku zupełnie odwrotnym. W latach 1991-2014 linia dzieląca obszary politycznie „proukraińskie/prozachodnie” i „prosowieckie/prorosyjskie” spod Tarnopola przesunęła się pod Donieck, a usiłowania stworzenia „Noworosji” ten proces jeszcze wzmogły (pomimo zmasowanej propagandy telewizyjnej i internetowej, bez przeszkód docierającej do odbiorców w Ukrainie, dla większości potencjalnych „Noworosów” było jasne, że władze w Moskwie drżą nie o nich los, ale o swoje interesy). Dlatego poza Krymem kremlowski blitzkrieg nie okazał się możliwy, zastąpiła go więc wojna pozycyjna na Donbasie (z próbami dywersji i destabilizacji w innych regionach, włącznie z aktami czysto kryminalnego terroru), której cel jest oczywiście ten sam. W wariancie optymalnym to uruchomienie mechanizmu, który rękami samych Ukraińców, niezadowolonych z sytuacji, doprowadziłby do obalenia władz wybranych po zwycięstwie Rewolucji Godności, w minimalnym – zmuszenie tych władz do kapitulacji i przyjęcia przez Radę Najwyższą takich rozwiązań wewnątrzustrojowych (zwłaszcza federalizacji), które zamknęłyby Ukrainie „drogę do Europy”.

Żałobny wiec pod ścianami ratusza w Bielsku dla uczczenia pamięci uczestników Rewolucji Godności, którzy zginęli na Majdanie w Kijowie (21 lutego 2014 r.).

My w tej „formalnej” Europie – Unii Europejskiej – jesteśmy od kilkunastu lat. Szmat czasu minął już od wydarzeń, które gwałtownie uszczupliły naszą społeczność – od bieżenstwa prawie stulecie, zaś od momentu, kiedy ostatni „repatrianci” z pow. bielskiego (obejmującego do lat 50. Hajnówkę i Siemiatycze) odjechali za nową polsko-radziecką granicę, lat prawie siedemdziesiąt. Powoli więc zapominamy, że nasze zbiorowe i indywidualne losy w pierwszej połowie XX wieku zdominowały wojny rozpętywane przez tandem władców Berlina i Petersburga/Moskwy – w 1914 r. „przez Boga pomazanych” imperatorów, w 1939 r. – nazistowskich i bolszewickich „towarzyszy partyjnych”. Od ponad ćwierćwiecza żyjemy w świecie, który można najkrócej scharakteryzować frazą, że „kałasznikow” tu nie jest argumentem w rozwiązywaniu problemów. Tzw. Polska Ludowa („komuna”), w której wielu widziało jedynego gwaranta naszego bezpieczeństwa, w 1989 roku bezkrwawo odeszła do historii, nikt nas nie próbował mordować, a teraz Unia dokłada się do remontów cerkwi i złocenia ich kopuł – z budżetu, w którym składka z Berlina jest co najmniej znacząca (zresztą wygląda na to, że pieniądze to jedyna wartość, którą może on, wraz z resztą Europy, dzisiaj skutecznie zaoferować – to taka uwaga wywołana dotychczasowymi osiągnięciami dyplomacji „w formacie czwórki normandzkiej”). Więc otoczenie tworzące zewnętrzne – polityczne i społeczno-prawne – ramy naszego życia powoli zmienia się na lepsze. Ale ze swoimi wewnętrznymi bolączkami, przesądami i archaiczną mitologią, powodującymi, że jako zbiorowość nie bardzo umiemy określić swoje miejsce w tym świecie, a niektórzy widzą go nawet w krzywym zwierciadle, musimy poradzić już sami.

Jurij HAWRYLUK

«Над Бугом і Нарвою», 2015, № 1, стор. 3, 12-14.

Wizerunek Swjatoho Archanheła Mychajiła na dzwonie koło cerkwi pw. Swjatoho Archanheła Mychajiła w osadzie Wuorla (Orla), odlany w 1936 r. w Kałuszu z inicjatywy ówczesnego proboszcza, o. Wołodomyra Wysznewśkoho (byłego uczestnika Walk Wyzwoleńczych).

Fot. Ju. Hawryluka

Залишити відповідь

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься.