ІСТОРІЯ,  КУЛЬТУРА,  ЛЮДИ,  Наші статті

Korzenie. Historia wsi Kuraszewo, cz. 3

Do najlepszych twórców ludowych zaliczały się kobiety, które były chwalone w Kuraszewie za wyrób najładniejszego płótna, najładniej wyszytej koszuli oraz ładnie utkane wełniane materiały na spódnice (sajany). Miały zawsze czysto na podwórzu i w domu oraz dobrze piekły chleb: Nadzieja Dmitruk (Ulijancza), Tekla Aleksiejuk (Tunczukowa), Nastusia Oniszczuk (Stepancza), rodzina Artyszuków (od pradziadków porządek), Ulana Nikołajuk (Hornowska), Olga Grygoruk i wiele innych kobiet.

Żyli również ludzie, którzy przekazywali legendy-obyczaje z pokolenia na pokolenie: Dymitr Nikołajuk s. Jana (Nebożków), Mikołaj Romanczuk (Diuchatiarow) – jego to legenda, że  w naszych okolicach panowała w dawnych czasach groźna choroba zwana cholerą. We wschodniej części Kuraszewa jest cmentarz, na którym były grzebane ofiary tej choroby. W ciągu doby umierało po kilkanaście osób. Do mieszkańców doszła taka wiadomość, żeby pozbyć się tej choroby należy przez noc uprząść tyle nici, aby można było nimi okręcić dwa razy wieś i trzymać je 24 godziny, by nikt nie porwał, w ten sposób zatrzyma się umieranie ludzi. Prawdopodobnie pomogło.

Obrzędy

W miesiącu grudniu trzeba było napracować się by świętować przez dwa tygodnie święta Bożego Narodzenia w dniach 7-19 stycznia. Wszystkie te wieczory były święte, więc zawczasu należało przygotować paszy dla bydła (sieczki i wiązek siana), namleć w żarnach na chleb i osypkę, zrobić i nasuszyć makaronu, natłuc pęczaku z jęczmienia, kaszy z gryki.

W grudniu przechodząc przez wieś słyszało się tylko huk żaren i stukanie tłuczków w stępach – to takie naczynie do wyrobu kaszy. Z mięsem kobiety nie miały dużo roboty, bo tylko raz zabijano wieprza, najczęściej dużego, aby wystarczało na cały rok. Na święta wielkanocne mało kto bił, bo w okresie letnim strasznie się psuło. Mięso zasolone zimą spożywano przez cały rok. W jednej beczce soliło się szynki a w drugiej słoninę. Sadło zaszywano w tzw. bochen i solono, aby było do kapusty i barszczu na cały rok. Kiełbasy wisiały na kołku, aż zrobiły się zielone – bo sąsiedzi musieli widzieć, że u Mikołaja czy Hawryła są jeszcze kiełbasy. Ten kto ich nie miał był słabym gospodarzem.

19 stycznia na Trzech Króli chłopcy chodzili kolędować. Gdzie była dziewczyna w wieku 16-17 lat trzeba ją było już przyjmować do młodzieży dorosłej. Jej ojciec stawiał litr samogonu (tak było ustalone), dziewczynę sadowiono na krzesło i podnoszono trzy razy do góry, śpiewając mnohaja lieta. Chłopcy przebrani byli za Heroda, podpici podszczypywali i całowali dziewczyny, ale tak żeby rodzice nie widzieli. Po tym rytuale do takiej „pohucanej” dziewczyny można było już przyprowadzać w swaty chłopców.

Obyczaje i zabobony

Przed rocznymi świętami nie można było nikomu nic pożyczać, ani samemu brać od innych. Panował przesąd, że jeśli urodzi się wówczas młode zwierzę długo nie będzie brać pokarmu i może paść. Urodzone w tym okresie dzieci zaczną mówić dopiero po upływie dwóch lat, a  dzieci były dużo – po 7-8 w każdej rodzinie. W doroczne święta nie można było dopuścić, aby ktokolwiek zobaczył ile gospodyni nadoiła mleka, bo mogło ono „przejść” na inną krowę. Kobiety nakrywały mleko brudnym fartuchem – miało to uchronić przed nieszczęściem. Krowy na pastwisko wypędzano rózgą z palmowej niedzieli, co miało ochronić je przed urokiem i muchami. Kiedy małe dziecko sikało w pościeli, należało znaleźć na śmietniku gumowego łapcia (postoł), dopilnować kiedy dziecko w nocy zacznie sikać i zbić je mocno po tyłku tym łapciem. Jeśli ktoś w święta Bożego Narodzenia ośmielił się bielić gliniane piece, to do jego córki mógł nikt nie przyjechać w swaty.

Młodzież zbierała się w remizie strażackiej, która stała na miejscu dzisiejszego sklepu. Latem zabawy były organizowane na powietrzu, a zimą w pomieszczeniu (sieniach). W tym okresie ludzi młodych było dużo, nikt nie pracował w mieście, ani też nie pobierał tam nauk. Zimą kiedy wieczory były dość długie młodzież spotykała się na tzw. wieczorkach. Dziewczyny przędły na kołowrotkach i wyszywały. Chłopcy poza podszczypywaniem dziewczyn niczym innym się nie zajmowali, a każdy miał którąś na oku. Prądu nie było, paliła się lampa naftowa małej mocy – to ze względów oszczędnościowych, taki kopciuszek, ale już ze szkłem. Scenariusz takiej wieczornicy przedstawiał się następująco: do godziny 18. dziewczyny pracowały, następnie chłopcy gasili światło i „zabierali się” do dziewcząt. Najlepiej miały te, które nie stawiały większego oporu. Oporne musiały przejść dokładny „przegląd”, który najczęściej kończył się płaczem. Po takiej „szelmówce” nikt jednak do nikogo nie miał pretensji i nie wnosił żadnych skarg. Oszczędzano tylko te, które miały narzeczonego.

W sylwestrowy wieczór dziewczęta wróżyły. Sypano tyle kupek pszenicy ile było dziewcząt, przynoszono kurę i ona dziobiąc decydowała, która pierwsza wyjdzie za mąż, która druga itd. Przynoszono też drewno do domu, jeśli która przyniosła parzystą ilość polan to w tym roku miała wyjść za mąż. Kapeć też był przedmiotem przydatnym do wróżb. Rzucony przy zamkniętych oczach wskazywał, z którego kierunku przyjedzie chłopak w swaty.

Młoda mężatka układała na stole trzy rzeczy: chustę matki, pierścionek, lalkę – to wszystko nakrywała ręcznikiem. Dziewczyny, które znajdowały się za drzwiami wchodziły i wskazywały ręką jeden z ukrytych przedmiotów: dotknięta chustka wróżyła nieszybkie zamążpójście i dalsze mieszkanie u matki. Jeśli był to pierścionek to dziewczyna nawet w tym roku mogła wyjść za mąż. Najgorszą hańbą było trafienie na lalkę, która wróżyła pannie dziecko.

Dziewczyna z dzieckiem w tym okresie miała ogromne trudności z zamążpójściem. Rodzice musieliby mieć dużo pieniędzy, aby znaleźć świadków i  podać łobuza do sądu. W obliczu religii temat moralność był bardzo ważny. Duże problemy miały panny, które miały dużo rodzeństwa. Na temat zamążpójścia najwięcej mieli do powiedzenia rodzice, którzy najczęściej wybierali kandydata na męża. Uroda dziewczyny była na planie drugim. Decydował posag. Były przypadki, że dziewczyna ładna ale biedna wydawana była za wdowca lub pierwszego lepszego, który przyjechał w swaty. Z opinią panny nikt się nie liczył.

Zamieszczone zdjęcie przedstawia parę młodą z 1933 roku. Wesele trwało dwa dni – w niedzielę u panny młodej, a w poniedziałek u pana młodego. Młody pannę młodą zabierał do domu dopiero w poniedziałek – bo  pierwszą noc po ślubie nie miał prawa nawet jej dotknąć, gdyż będzie miała ciężki poród. Te opowieści przekazał pan młody przedstawiony na zdjęciu, który obecnie jest już staruszkiem. Powiedział, gdyby teraz tak chciało się mięsa jak wtedy do panny młodej – to zarżnąłby ostatnią krowę i poczęstowałby sąsiadów.

Przygotowania weselne wyglądały następująco: najpierw przygotowywano wódkę z mąki żytniej, następnie bito świniaka, gotowano mięso i galaretę, kiełbasy i kaszanki było bardzo mało. Pieczono bułkę zwaną korowajem oraz chleb. Gotowano jeszcze kapuśniak. Ze sztućców podawano tylko łyżki, widelców nikt nie miał. Za weselnym stołem wznoszono okrzyki – gorzka kapusta.

Mężczyznę, który przyprowadzał chłopaka zwano marszałkiem. Jego obowiązkiem było krojenie chleba, korowaja i mięsa. Dlatego, że na stoły podawano wszystko nie krojone, a gości nie było więcej jak trzydzieści osób. Mieszkańcy wsi przychodzili i starali się tak dokuczyć weselnikom, aby postawili litr wódki i zakąski, co zapewniało spokój. Jeśli weselnicy odmówili to mogło dojść nawet do bójki. Szły w ruch i ostre narzędzia.

W tych latach dość często na zabawach z byle powodu dochodziło do bójek. Młodzież ubierała się bardzo skromnie, najczęściej był jeden strój, w którym chodziło się do cerkwi i na zabawę. Taki strój nazywano świątecznym.

Nina Grygoruk

Над Бугом і Нарвою, 2000, № 4, стор. 27-28.

Кольорові фотографії Юрія Гаврилюка

Залишити відповідь

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься.