КУЛЬТУРА,  ЛІТЕРАТУРА,  ЛЮДИ,  МОВА,  Наші статті

Skarb. Metafora pudlaśkoji kazki

Koliś ja czuw takuju kazku, jak buw małyj. Może wona wziata z jakojiś knyżki? Ale ja jeji pererobyw na pudlaśki ład i motyw, a mojie hołownyje heroji pochodiat z naszych storuon nad Buhom i Narwoju. Tut wsie mojie słowa i nyczoho czużoho ja ne pryswojiw. A buło tak, jak w kazci:

Kilka stolit´ tomu w odnomu biednomu selie, na joho kraju, żyło mołodoje małżenstwo, dobry i poradoczny lude. Czołowiek zwawsia Petro, a żuonka – Maryja. I mieli dwochlietnioho synka – Bohdana. Żyli welmy biedno, chocz buli welmy praciowyty, czesny, poradoczny na wsie storony. Petro buw czołowiek duży, wysoki, krasiwy i miew zołotyje ruki – wsio muoh zrobyty. Takaja buła i joho żuonka – Maryja, welmy krasiwa, praciowyta, akuratna, wierna – i to welmy – swojomu czołowiekowy Petrowy.

W odnu subotu weczorom Petro każe swojuoj Maryji:

– Dorohaja, ne wiek nam muczytysia, żywszy w odnuoj bidie i nedostatkowy. Zawtra, w swjatuju nedielku, wybyrajusia w bieły swiet szukaty liepszoji doli. Dast´ Buoh, może znajdu deś dobru robotu i wernuś bohaty. Chto wiedaje? I może ja w czużuoj storonie budu probuwaty aż dwadciat´ liet. To prysiahny, dorohaja, peredo mnoju i Bohom, szczo tych dwadciat´ liet budesz mene czekaty i nykoho czużoho ne budesz szukaty. A jak pruojde dwadciat´ liet i ja ne wernuś, to możesz szukaty nowoho czołowieka – znaj, szczo ja wże ne żywu. Bo za takij nemałyj czas ty budesz daliej krasiwa i chorosza.

Maryja prysiahnuła pered Petrom i Bohom, szczo wykonaje toj swjaszczenny prykaz i prysiahu.

W nedielku Petro i Maryja pomolilisia do żywoho Boha i poproszczalisia w slozach. Petro pudyszow do kołyski synka Bohdana, jakij sołodko spaw i od sercia pociłowaw joho. I ruszyw w dorohu, z sumkoju z chliebom na pleczach, szczo Maryja jomu narychtowała.

Jak to u kazci, Petro projszow ne odne carstwo, ale postojannoji roboty ne muoh najty, na chlieb czas od czasu zaroblaw. Czas iszow jak wietior. I tak błudyw nasz Petro po swietowy, szukajuczy dolu i szczastie. I odnoho razu, pud samyj weczur, pudyszow wuon pud lisok, a tam buw jakijś chutor. Stojała chatka, budynki – wsio zadbane, ale pud sołomjanoju striechoju. W oknie horiew ohoniok. Może tut perenoczuju? – podumaw Petro i postukaw u dwery. Zajszow do chatki i prywitawsia. Spytaw, czy może u jich perenoczowaty. A za stołom sydieli dwoje starszych ludej, czołowiek i żuonka, i weczerali. Zaprosyli joho do stoła, kob i wuon poweczeraw z jimy. Wuon siew i zaspokojiw swuoj hołod, bo dawno nyczoho ne jiew. A to buli welmy nabożny lude, bo posla weczery szcziero pomolilisia z podiakoju do Boha za Joho dary.

Petra pryniali na nuczlieh i wuon szczasliwo perebuw tuju nuocz. Rano ustawszy, wuon dumaw ity daliej, no hospodar chutora, jakij nazywawsia Kiryło, a żuonka Paraskiewa, pytajećcia joho: odkuol wuon i czoho szukaje? Petro wsio jomu rozkazaw: odkuol wuon i szczo może komuś służyty wierno aż dwadciat´ liet i podaw termin swojoho woroczania. A hospodar teji chatki i chutora każe jomu:

– Nyhde daliej ne jdy, a służy u mene tych, wże neciełych, dwadciat´ liet. Ja tebe ne pokrywdżu.

I tak Petro naczaw służyty u tych dobrych ludej. Wsio robyw dokładno, jak u sebe wdoma. Dohladaw skotynu, kony, ptaszynu i zemelku – i wsio na czudo rodyło i dawało swuoj urożaj.

I szcze zrobyw stanok, kob robyty z hliny dobru, dwa razy hrubszu i tepłu czerepyciu – dachuowku. Bo lietkom od jeji ne pekło, a zimoju wona dawała tepło i ptaszki mohli pud jeju chowatysia, jak pud sołomoju. Narobyw jeji mnuoho i perekryw wsie budynki i chatynku.

Hospodarie ne mohli natieszytysia takim dbajnym robuotnikom. A mieli wony i syna – monacha, jaki czas od czasu jich nawieduwaw iz swojoho monastyra. I wuon tak samo Petra polubyw jak ruodnoho brata.

Czas lityw jak u kazci. Proszło i pjat´ liet, posla deset´, pjatnadciat´ i wże dewjatnadciat´ z połowynoju prochodyt. Hospodar Kiryło każe jomu:

– Ty wierno odsłużyw u mene swoju robotu i służbu, i pora tobie woroczatysia w termini dodomu.

I daje Petrowy zapłatu – try zołotyje rublie. Petro buw welmy zdywowany, ale ne daw tomu wida i podiakowaw za tyje try rublie. I czuje od Kiryła:

– Tyje rublie błahosłowenny i wony tobie dadut radost´ i szczastie, a to j buolsz.

Petro z jimy poproszczawsia i w slozach wsie buli. Dali jomu na dorohu sumku z chliebom i do chlieba. I Petro ruszyw w daleku dorohu dodomu. Ide odyn deń, druhi, treti… Z sumki dostaje chlieb pudkrypytysia – i czudo: chlieba i do chlieba ne ubywaje z sumki i ne treba u ludej prosyty myłostyni. – Tak, ja służyw u Bożych ludej! A to czudo!

Odnoho razu Petro prochodyw koło lisoczka i baczyt: na peńkowy sydyt staryczok z borodoju, a koło joho mołodyj chłopeć – słuha. Prywytawsia szczyro z jimy – mołodyj odkazaw, ale staryczok mowczyt i daliejsza rozmowa wełasia ono zo słuhoju. Petra toje zdywowało i pytajećcia chłopcia:

– Staryczok może nemowa i ne może howoryty?

A słuha każe:

– Nie, wuon ne nemowa, ale kob wuon szczoś skazaw, treba jomu zapłatyty odyn rubel i tohdy wuon szczoś skaże.

Petra toje zdywowało. Jakaś syła tiahne joho, kob daty staryczkowy odyn rubel i daje jomu zo swojeji kiszeni. I czuje od staryczka:

– Ne prochod´ ryki na poworoty jejinum, de woda temna i tycha, chocz wona tam uzka.

I to wsio. Petro daje wiszczunowy druhi rubel i czuje:

– Nad hłuchoju dolinoju zobaczysz, jak worony-kruki krutiaćcia nawkoło, koneczne tudy zahlań.

Petro daje wiszczunowy ostatni rubel i czuje:

– Ni na szczo ne ryszajsia, poka ne doliczysz do dwadciaty.

I takije try porady poczuw nasz Petro. Poproszczawsia z simy lud´my i z jakimś Bożym natchneniom i polohkoju na duszie wuon puszow daliej w swoju krajinu, do ruodnoho domu. A chlieba ne ubywajećcia z sumki i wuon ne hołodny. Boże czudo!

Po jakomuś czasi dujszow do ryki i treba jeji perejty, ale jak? I staw na berezi, de ryka same buła na poworoty – woda tut temna, tycha i uzka. Pryhanuw słowa wiszczuna: Ne perechod´! Tut nalitaje na koniowy jizdeć, a do sidła prywjazany dwie nemałyje sumki. I od razu u wodu, kob tut perepłysty. Petro każe jomu:

– Ne radżu tut perepływaty.

Ale wuon ono zasmijawsia, każuczy:

– Ne takije rieki ja perepływaw – i bultych u ryku.

Tut weliki skurcz i jakajaś syła ochopyła jich i jizdeć zlitiew z sidła, puszow na dno i utopywsia. Welmy buło hłyboko i ne buło jak joho ratowaty. A konyk jakoś wykarabkawsia na bereh i ne utopywsia. Petro schwatyw za uzdeczku konia z dumkoju: Teper bude loksz i chucziej wertatysia w ruodny duom, w moju chatynu. Ale sumki prywjazany do sidła. Z cikawosti odczynyw jich, a wony napowneny zołotymy czerwonciamy. O, teper ja uże bohaty – podumaw Petro. I na konykowy ruszyw daliej.

Tut, po jakuomś czasi, projiżdżajuczy koło hłuchoji doliny, baczyt worony-kruki, jakije krutiaćcia nawkoło i wuon tudy pospiszyw. Baczyt dwoje neżywych rozbuojnykuw, a koło jich leżyt sumka z zołotom. W odnoho w rucie stysniany rewolwer, tak i w druhoho – rewolwer w rucie.

Wony najchucziej ohrabyli bank abo kupcia, a koli tut dylilisia nahrablenym bohatstwom, ne poładylisia i odyn druhoho zastrieliw. Petro i toje zołoto w sumci prywjazaw do sidła i dla bezpeki uziaw dla sebe odyn rewolwer. 

Uże i nedaleko ruodny duom, ale treba spyszatysia, bo wże pora wernutyś do simjie, a czas chutko biżyt.

Tut bliźko swoje newelikie seło i swuoj duom. Same subota i weczur, jak wuon dojiechaw do swoho pudwuorka, poza kłuniamy. Uspiew wernutysia w sam czas. Baczyt – wsiudy poradok, ład i czystota. Znaczyt żuonka Maryja ne spała, ale daliej wsio biedno. W chatci horiew ohoniok. Petro konia prywjazaw do płotu i tycho pudyszow pud okno. Baczyt, żuonka Maryja daliej hoża i krasiwa, ale szczo takoje? Koło jeji stojit struojny, krasiwy mużczyna. Ach tak, wona mene zdradyła i naszła kochancia! Petro uchopyw za rewolwer z dumkoju: Zastrielu jich, a posla sam sebe. Ale tut pryhanuw: Ne ryszajsia ni na szczo, poka ne doliczysz do dwadciaty. I tak wony od mene ne wtekut – podumaw. I dawaj liczyty: odyn, dwa, try, sztyry, pjat´, sziest´… A doliczywszy do dwadciaty, czuje słowa:

– Mamo, wże proszło dwadciat´ liet, jak tata nema i ja zawtra jiedu w swiet joho szukaty.

Petro uchopywsia za hołowu – toż to muoj lubymy syn Bohdan, jakij wyrus na takoho mołodcia. Tycho zajszow do chaty i każe:

– Poznajete?

Maryja kryknuła:

– O, Petro! A my ono szczo pro tebe howoryli.

Radosty i szczastia ne buło kuncia, slozy, pociłunki, obnimanie…

Petro każe:

– Bohdane, wyjdem nadwur i prynesem toje, szczo ja zarobyw.

I prynosiat try sumki, a w jich zołoto. Maryja z Bohdanom uchwatylisia za hołowy. Petro wsio rozkazaw – wsiu swoju praciu i pryhody. I naczali wony żyty bohato i biednym ludiam pomahaty. Tak powynno buty i w teperyszni nespokuojny czas. Bohdan ożenywsia z biednoju, ale krasiwoju i wiernoju diewczynoju z bliźka i żyli szczasliwo wsie jak ruodna simja.

Mikołaj PANFILUK

Dubyczy Cerkowny

«Над Бугом і Нарвою», 2026, № 1, стор. 28–29.

Fot. Ju. Hawryluka

Залишити відповідь

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *